środa, 31 stycznia 2018

Podatek od miłości (2018)

Reżyseria: Bartłomiej Ignaciuk
Gatunek: Komedia rom.
Premiera w Polsce: 26 stycznia 2018

Debiuty reżyserskie bywają zobowiązujące. Widzowie często nie wiedzą czego się spodziewać­­, szczególnie w przypadkach, gdy mowa o polskich komediach romantycznych. Skomplikowanego zadania podjął się Bartłomiej Ignaciuk realizując produkcję z polskimi gwiazdami, jako kolejny stara się udowodnić, że polskie kino komediowe nie znajduje się na samym dnie, a w kinie można jeszcze pośmiać się z czegoś, poza żenującymi tłumaczeniami filmowych tytułów.


Film opowiada historię Klary(Aleksandra Domańska) pani urzędnik skarbowej, która w barze poznaje nieudolnego podrywacza, jak się później okazuje jest nim Marian (Grzegorz Damięcki), który wpakował się w niemałe problemy związane z podatkami i co za tym idzie jego sprawą zajmuje się główna bohaterka. Maniek chcąc oszukać urząd, rozpoczyna swoją grę i twierdzi, że jest męska prostytutką, bo tylko one nie muszą płacić podatków. Przebiegłość Klary nie pozwala jej na przyjęcie wersji oszusta i rozpoczyna śledztwo, które doprowadzi do zdecydowanie przewidywalnych skutków.

Podatek od miłości to produkcja powstała przy wsparciu telewizji TVN oraz miasta Kołobrzeg. Można mieć nadzieję, że w tym momencie kończy się lokowanie produktu, jednak twórcy raczą widza ich zdecydowanym nadmiarem. Nie jest to jedyna wada filmu.  Na każdym kroku widz mierzy się z przewidywalnością i przeciętnością, a schemat goni schemat. Jednak w obliczu tej całej beznadziejności można wychwycić zadziwiająco zadowalające momenty i lekkie powiewy świeżości, na które warto czekać. Wbrew początkowym obawom, główni bohaterowie nie prezentują się na ekranie równie żenująco, jak podobni w innych polskich produkcjach. Momentami czuć między nimi resztki chemii i romantyzmu, a zdecydowanej pikanterii dodają dialogi, które czasami lekko kąśliwe świetnie komponują się fabułą.

Podatek od miłości to pospolite kino, które stawia nieśmiało marzenia i miłość na pierwszym planie, zapominając przy tym o elemencie zaskoczenia. Naiwna komedia, która wprawdzie nie jest arcydziełem, ale nie sprowadza się również do poziomu żenady.


Patrycja Strempel


wtorek, 30 stycznia 2018

Więzień labiryntu: Lek na śmierć (2018)
Reżyseria: Wes Ball
Gatunek: Thriller, Akcja, Sci-fi 
Premiera w Polsce: 26 stycznia 2018

W kinach od dawna rządzą już prequele, sequele, remake’i i niepotrzebne kontynuacje. Tak więc do kin trafiła kolejna część opartego na powieściach Jamesa Dashnera cyklu Więzień labiryntu, tym razem niosąca podtytuł Lek na śmierć.


Film rozpoczyna sekwencja pościgu niczym z Mad Maxa. Okazuje się, że główny bohater Thomas wraz ze znanymi z poprzednich części towarzyszami próbuje uwolnić transportowanych pociągiem innych odpornych na tajemniczą chorobę młodych ludzi. Jednak nie wszystko udaje się tak jak bohaterowie by sobie życzyli i trwać muszą dalsze poszukiwania jednego z przyjaciół Thomasa, które zaprowadzą ich do ostatniego istniejącego miasta.
Więzień labiryntu: Lek na śmierć idzie tropem poprzednich części, które również wyreżyserował Wes Ball, i tradycyjnie już ignoruje wszystkie interesujące wątki i tropy. Mamy tutaj ciekawe konflikty między bohaterami, pytania o moralność, o to czym jest zdrada, jak wybaczyć błędy z przeszłości, a nawet społeczne niepokoje. Każdy wątek jest jednak szybciutko ucinany i staje się tłem dla pościgów, strzelanin, wybuchów i patetycznych monologów. Jednak z każdej opresji bohaterowie wychodzą, może nie bez szwanku, ale jedynie z drobnymi urazami. Bo niestety wszelką fabularną wiarygodność (nawet jeżeli może być ona nikła, bo pozwalają na to ramy gatunku) zastępuje efekciarstwo, za którym niestety nic się nie kryje. Dlatego też trochę smuci to, że obsada nie ma tutaj nic do grania, a są wśród niej takie postaci jak Patricia Clarkson.  Aktorzy robią jedynie parę wygibasów. Nie można mówić też o żadnej ekranowej chemii pomiędzy bohaterami.

Choć Lek na śmierć wypada lepiej niż jego poprzednik - Próby ognia, to i tak wiele brakuje mu, aby być filmem udanym. 


Daniel Mierzwa

poniedziałek, 29 stycznia 2018

Czas mroku (2017)
Reżyseria: Joe Wright
Gatunek: Biograficzny, Dramat historyczny 
Premiera w Polsce: 26 stycznia 2018


Filmy biograficzne od lat cieszą się popularnością, a kreacje aktorów grających w nich głównie role to dla nich szansa na zyskanie kilku znaczących statuetek od kolekcji wyróżnień. Tak pewnie będzie i tym razem z Czasem mroku opowiadającym o rozpoczynającym karierę na stanowisku premiera Winstonie Churchillu.

W Wielkiej Brytanii upada rząd Neville’a Chamberlaina, podczas debaty na jego temat brakuje na Sali obrad Winstona Churchilla. A to ten polityk w wyniku koalicyjnych układów zostaje nowym premierem. Obowiązki przychodzi mu objąć w trudnych czasach, jest maj 1940 roku, a Hitler zajmuje kolejne europejskie kraje, a brytyjscy żołnierze stają uwięzieni na francuskich plażach.
Toczący się jednak konflikt nie jest tutaj najważniejszy, bo w Londynie, choć panuje niepokój, wojennych działań nie widać. Przywódcy z dala od frontu podejmują jednak decyzje wymagające odwagi, a sam premier ma za wrogów nie tylko agresywną niemiecką armię, ale też nieprzychylnych mu politycznych konkurentów.
Czas mroku stoi jedną rolą. Cały film opiera się na postaci Winstona Churchilla, którego w koncertowy sposób gra Gary Oldman. Charyzma tego doświadczonego aktora połączona z nietuzinkowością postaci brytyjskiego premiera, którego siłą była świadomość swoich wad i słabości, to jedyne, co potrafi nas utrzymać przy ekranie. Ponieważ akcji nie ma tutaj zbyt wiele, dominują mniej patetyczne monologi głównego bohatera, a cała brytyjska polityka tamtych czasów zostaje zniesiona do jego decyzji. Wszyscy aktorzy tamtych wydarzeń są potraktowani jedynie jako nieciekawe tło, co spotkało zresztą też na ekranie Kristin Scott Thomas i całą resztę obsady.
Twórcy, co prawda nie unikają wzruszeń i trudnych dylematów. Wszystko to jednak nie czyni tego obrazu ciekawszym. A tempa nabiera on w kilku ostatnich scen, które wybudzają z drzemki przed końcowymi napisami.

Niestety Czas mroku jest tylko sztampowym biograficznym filmem, którego twórcom brakło na tyle odwagi i dystansu, aby uczynić go ciekawym portretem Winstona Churchilla, o którym właściwie niczego się nie dowiadujemy. Właściwie reżyser Joe Wright i scenarzysta Anthony McCarten potraktowali go w Czasie mroku tak samo powierzchownie jak całą brytyjską politykę tamtych lat. 


Daniel Mierzwa

niedziela, 28 stycznia 2018

Cudowny chłopak (2017)
Reżyseria: Stephen Chbosky
Gatunek: Dramat, Familijny, Komedia
Premiera w Polsce: 19 stycznia 2018

Dobre, familijne kino nie często pojawia się na ekranach kin. Tym razem wyjątkowo udany obraz prezentuje Stephen Chbosky – reżyser licznie nagradzanego Charliego, a ostatnio baśniowej, aktorskiej wersji  Pięknej i Bestii. Zabiera on widza w refleksyjny świat zekranizowanej książki R.J. Palacio, wprost w ramiona cudownego chłopca i jego rodziny.


Cudowny chłopiec to historia nieśmiałego Auggiego Pullmana, który miał wyjątkowo mało szczęścia. Urodził się z poważną wadą genetyczną, która doprowadziła do jego niepospolitego wyglądu. Liczne operacje pozwoliły na poprawę wyglądu twarzy chłopca, jednak nie do powszechnej akceptacji. Spowodowało to, że pilnie uczył się w domu pod okiem opiekuńczej matki, jednak ta postanawia wysłać go w końcu do normalnej szkoły, tym samym zmierzyć się z nieprzychylnym światem.

Podobnie jak książka, film podzielony jest na części, które ułożone chronologicznie, prezentują wydarzenia z perspektywy różnych bohaterów. Poznajemy Auggiego (Jacob Tremblay) pełnego werwy małego bohatera, który pomimo wielu przeciwnościom próbuje cieszyć się każdym momentem życia. W każdej scenie pokazuje, że pomimo wielu zewnętrznych wad, pozostaje normalnym chłopcem, który podobnie jak rówieśnicy uwielbia gry wideo, czy Gwiezdne Wojny. W jego roli oglądać możemy Jacoba Tremblaya, który wcześniej jako znakomity Jack w filmie Pokój, ponownie pokazuje klasę, jak na tak młodego aktora. Towarzystwa na ekranie dotrzymują mu Julia Roberts jako jego matka - która czasami pełna optymizmu, by w innym momencie przeżywać chwile zwątpienia, jednak zawsze wspiera syn, podobnie jak ojciec Nate - Owen Wilson, który pomimo, że w roli mniej komediowej niż zazwyczaj, świetnie oddaje postać lekko zagubionego, jednak pełnego wiary ojca.

Godną uwagi w filmie jest przede wszystkim charakteryzacja, która razem z grą aktorską i wartką akcją gwarantuje przyjemny seans. Film porusza również wiele istotnych tematów, które z mniejszą lub większą przesadą dryfują razem z resztą fabuły, ostatecznie prezentując pełną wzruszenia produkcję.

Cudowny chłopiec to film, który świetnie pokazuje system wartości, a pod pełną lukru powłoką kryje wiele uroku i charyzmy głównego bohater, od którego warto uczyć się miłości do życia i pozytywnej energii.


Patrycja Strempel


sobota, 27 stycznia 2018

Tamte dni, tamte noce (2017)
Reżyseria: Luca Guadagnino 
Gatunek: Melodramat
Premiera w Polsce: 26 stycznia 2018

Północne Włochy. Początek lat 80. Jest ciepłe lat i nawet czasem nie pada. Siedemnastoletni Elio spędza gorące dni z rodzicami w ich włoskiej posiadłości. Na parę tygodni wprowadza się do nich Olivier, amerykański student ojca Elio. Pewny siebie mężczyzna zaczyna wprowadzać niepokój w wewnętrzne życie nastolatka. Dotychczas wakacje spędzał na jeżdżeniu na rowerze, grze na pianinie czy gitarze, zabawie ze znajomymi. Olivier, młody intelektualista, który przez swój luźny styl bycia wydaje się nie pasować do włoskiego otoczenia. Początkowo Elio i Olivier trzymają się na dystans, z każdym dniem są sobą coraz bardziej zafascynowani, aż otwarcie zaczynają ze sobą flirtować. Wakacyjna miłość jest dla Elia szansą na poznanie samego siebie oraz tego czym jest prawdziwa miłość i pożądanie, dla Oliviera jest okazją do odkrycia własnych potrzeb i spróbowania przejęcia odpowiedzialności za kogoś.

Tamte dni, tamte noce to film niezwykle sensualny, upalna pogoda, skąpe stroje, wilgotne po wyjściu z basenu ciała budują pełną seksualnego napięcia atmosferę. Cielesność ma jednak nie tylko piękną stronę, bo człowiek jest niedoskonały, co symbolizuje siniak po stłuczeniu Oliviera, czy napady krwotoków z nosa Elio. I obie te strony ludzkiej fizyczności celebruje reżyser, traktując swoich bohaterów z czułością, zarówno pod względem szacunku dla ich charakterów i postaw, jak i ich ciał, po których kamera sunie niczym głaszcząca dłoń.
Luca Guadagnino opowiada subtelną, choć nie unikającą dosłowności historię. Spora zasługa, w tym jak pełna niuansów i elegancka jest ta opowieść ma znany i ceniony James Ivory, twórca wysublimowanych, ale dogłębnie poruszających filmów który na podstawie powieści Andre Acimana napisał scenariusz Tamtych dni, tamtych nocy. Nowy film włoskiego reżysera to dzieło zakorzenione w humanistycznej i intelektualnej historii Europy, której jedną z kolebek są Włochy. Bohaterowie czytają mnóstwo klasycznych lektur, przemieszczają się wśród pełnych książek regałów, ojciec Elio poszukuje antycznych rzeźb, a przy jednym z towarzyskich spotkań wychodzi na jaw jak znajomi rodziców głównego bohatera traktują z góry Oliviera, który jest Amerykaninem. Mimo poważnych odniesień Guadagino nie unika humoru i to nie wynikającego tylko z wakacyjnej, swawolnej atmosfery. Sporo tu, co prawda dyskretnej, kpiny z nieporadności ludzi w kwestii uczuć, bo emocje to sprawy, w których nie pomoże nawet najlepsza znajomość dzieł najwybitniejszych filozofów. A sam krótki romans i pragnienia bohaterów niszczą ich, ale pozwalają też zbudować na tych zgliszczach nowego siebie, bolesna utrata powoduje rozczarowanie i cierpienia, ale to, co je poprzedziło pozostaje pięknym wspomnieniem, na którym można budować przyszłość, co koresponduje ze słowami Heraklita z Efezu, którego dzieło pojawia się w filmie - Jesteśmy i nie jesteśmy zarazem – życie jest ciągłą zmianą, jest ciągłym rodzeniem się i śmiercią.
Tamte dni, tamte noce to film dogłębnie poruszający, ale też perfekcyjnie wykonany. Scenografie są przepiękne, muzyka idealnie dopasowana, a dwie piosenki Sufjana Stevensa napisane specjalnie do tego filmu są wręcz rozczulające. Mistrzowskie są też kostiumy w pełni oddające styl tamtej epoki, ale też wakacyjny klimat, który budują również przepełnione słonecznym światłem zdjęcia. Cała techniczna i formalna strona filmu zostaje jednak w tyle przy świetnej grze obsady. Nominowany do Oscara za rolę Elio Timothee Chalamet tworzy doskonałą, przekonującą kreację, być może lepszej w karierze mieć już nie będzie. Popis daje też Armie Hammer, który pierwszy raz dostał tak znaczącą dla filmu rolę i z tego trudnego aktorskiego wyzwania wybrnął znakomicie. Wydaje się, że wszystkie jego poprzednie role w mainstreamowym kinie były pomyłką, a on jest stworzony do odważnego, autorskiego kina, gdzie postawi przed nim prawdziwe zadanie. Bardzo dobrzy też są aktorzy na drugim planie, choć ich role nie są zbyt rozbudowane to każdy z nich tworzy udany portret. Michael Stuhlbarg w roli ojca Elio, pełnego ciepła intelektualisty, Amira Cesar jako matka głównego bohatera tworzy ciekawy portret inteligentnej kobiety, a Esther Garrel jeszcze w żadnym filmie nie była tak urocza jak w roli Marzii.
Tamte dni, tamte noce to film mistrzowski, który w pełni wykorzystuje melodramatyczną konwencje, tworzy kompletne, hipertekstualne dzieło korzystające nie tylko z filmowego dorobku, ale z całej europejskiej kultury, ani na moment nie tracą sprzed oczu człowieka i jego problemów. 

Daniel Mierzwa

piątek, 26 stycznia 2018

Kształt wody (2017)
Reżyseria: Guillermo del Toro 
Gatunek: Fantasy
Premiera w Polsce: 16 lutego 2018

Guillermo del Toro, znany kinowy wizjoner i twórca niezwykle stylowych filmów pełnych fantazji, zdobył w zeszłym roku Złotego Lwa na MFF w Wenecji Kształtem wody. Jury zachwyciło się swoistą mieszanką fantasy, romansu, horroru i dramatu.

Eliza Esposito jest niemową i pracuje jako sprzątaczka w tajnym laboratorium. W pracy sprząta w ośrodku pełnym niesamowitości, a po niej ogląda filmy w kinie, nad którym mieszka i spotyka się z sąsiadem, z którym się przyjaźni. Jej życie odmieni się gdy do laboratorium przywieziony zostaje tajemnicze stworzenie, do którego wkrótce mocno się przywiąże, a jego życie nie pozostanie jej obojętne.
Twórca Labiryntu fauna stworzył film, w którym każdy element wydaje się być idealnie połączony z resztą. Scenariusz, który napisał z Vanessą Taylor miesza gatunki i konwencję, zabawa miesza się z grozą, thriller szpiegowski z romansem dwójki niepasujących do świata istot. Wszystko to doprawione musicalowymi smaczkami, w atmosferze opowieści niesamowitych i w rytmie znakomitej muzyki Alexandre’a Desplata i urzekającej, łączącej styl filmów z lat 60. i baśni spod znaku Tima Burtona, scenografii zmierza do zakończenia, które może wydaje się oczywiste, ale wiele wydarzeń po drodze potrafi zaskoczyć widza. Swój udział w tym znakomitym obrazie ma też obsada, którą nazwać fenomenalną to zbyt mało. Sally Hawkins, aktorka docenia, ale wciąż nie na tyle na ile zasługuje, w roli niemej Elizy jest niesamowita. Partnerujący jej Richard Jenkins wydaje się idealnie dobrany do swoje roli, pełna ciepła Octavia Spencer jest nawet lepsza niż w Służących, za które otrzymała Oscara, a demoniczny Michael Shannon dołożył do swojego dorobku kolejną mistrzowską rolę.
Guillermo del Toro znów udowadnia, że świetnie łączy mainstreamową przebojowość z artystycznym kunsztem, aby powiedzieć o rzeczach ważnych. Kształt wody to film o walce o swoją godność, w końcu każdy z głównych bohaterów w jakiś sposób nie pasuje do reszty społeczeństwa, a próba uwolnienia tajemniczej wodnej istoty pozwala im przekonać się jak wielka i silna jest ich przyjaźń, ale też że mogą osiągnąć, co tylko chcą i przemówić (nawet niema Eliza) własnym głosem.

Kształt wody to stylowa, porywająca współczesna baśń, która nikogo nie pozostawi obojętnym. 


Daniel Mierzwa

czwartek, 25 stycznia 2018

Pełnia życia  (2017)

Reżyseria: Andy Serkis
Gatunek: Biograficzny, Dramat, Romans
Premiera w Polsce: 2 lutego 2018

Nie od dziś wiadomo, że to życie pisze najciekawsze scenariusze, a biografia nie jednej prawdziwej postaci może być kanwą filmowej opowieści. Twórcy filmów sięgnęli tym razem po życie Robina Cavendisha, sparaliżowanego mężczyzny, który walczył o godność swoją i innych niepełnosprawnych, który jest ojcem jednego z producentów tego filmu- Jonathana Cavendisha odpowiedzialnego za sukces filmu Elizabeth: Złoty wiek i serii filmów o Bridget Jones, za kamerą natomiast stanął popularny aktor Andy Serkis. W efekcie ich współpracy do naszych kin trafił film Pełnia życia.

Diana i Robin zakochują się w sobie od pierwszego wejrzenia. Na przeszkodzie ich miłości nie staje nawet różne pochodzenie. Interesy męża idą dobrze, a młodzi małżonkowie oczekują dziecka. Sielanka nie trwa jednak długo. Pewnego przyjemnego popołudnia Robin źle się czuje, później nie może się poruszać. Diagnoza okazuje się wstrząsająca – polio. Mężczyzna leży w szpitalu nie mogąc nawet samodzielnie oddychać. Diana nie pozwala jednak, aby mąż utknąć do końca życia na szpitalnym łóżku i udaje jej się przenieść Robina do domu. Tam wraz z przyjaciółmi robi wszystko, aby jej małżonek mógł żyć tak jak wcześniej.
Pełnia życia to film, który wyciska z nas łzy niczym z mokrej gąbki. Obserwujemy jak niczym domek z kart rozpada się sielankowe życie dwójki młodych małżonków, piękne plany na przyszłość, dziecko w drodze, a choroba odbiera Robinowi wszystko poza świadomością. Późnej obserwujemy jak przy wsparciu żony, przyjaciół i kolegów ze szpitala pokonuje depresję i pozbywa się uczucia kompletnej rezygnacji, by godnie walczyć o swoje życie i maksymalną poprawę jakości swojej egzystencji. Jesteśmy też świadkami tego, jak Diana pełna prawdziwej miłości do Robina i świadoma swoich obowiązków wobec męża, czuwa przy nim cały czas, nie pozwalając mu na utratę nadziei na poprawę jego stanu. Niestety będzie też musiała pogodzić się z tym, że jej mąż postanowi odejść.

Pełnia życia to film o ciekawym bohaterze, który porusza istotne tematy. Mamy tutaj walkę o swoją godność, pytania o miejsce osób niepełnosprawnych w społeczeństwie, godzenie się na odchodzenie, dorastanie z chorym rodzicem, prawdziwą przyjaźń, a przede wszystkim miłość i oddanie, dzięki którym można przeciwstawić się każdej tragedii. Niestety wszystko to podane w sposób tak ckliwy, że momentami aż nieznośny. I tego, że twórcy przyjęli za cel tylko i wyłącznie nas wzruszyć, nie maskują ani udane role Andrew Garfielda czy Claire Foy, ani piękne scenografie i dopracowane kostiumy. Pełnia życia to dopracowany i całkiem udany, ale niestety jedynie wyciskacz łez. 


Daniel Mierzwa

wtorek, 23 stycznia 2018

Dusza i ciało (2017)

Reżyseria: Ildiko Enyedi
Gatunek: Dramat
Premiera w Polsce: 26 stycznia 2018

Węgierskie kino od lat ma się dobrze, a produkcje z naszego kraju naszych bratanków uświetnia wszystkie liczące się festiwale. Tak też było z zeszłorocznym Berlinale, w którego konkursie głównym wyświetlano Duszę i ciało Ildiko Enyedi. To pierwszy po długiej przerwie pełnometrażowy film znanej i cenionej, ale raczej nierozpieszczanej nagrodami węgierskiej reżyserki. Dlatego Złoty Niedźwiedź właśnie dla tego filmu przyznany przez jury z Paulem Verhoevenem na czele był częściowym zaskoczeniem.

Maria, zamknięta w sobie i nieodnajdująca się w społeczeństwie młoda kobieta, podejmuje pracę w budapeszteńskiej rzeźni. Jej zaangażowanie w obowiązki, skrupulatne przestrzeganie przepisów oraz towarzyskie wycofanie budzą plotki wśród jej nowych współpracowników. Jej szefem jest Endre, spokojny i zdystansowany, z latami doświadczeń oraz niesprawną ręką. Afera w ich miejscu pracy sprawi, że na jaw wyjdą sekrety ich snów, co spowoduje, że ta dwójka zbliży się do siebie. Mimo podobieństwa neurotycznych osobowości , poszukiwanie szczęścia będzie wymagało wysiłku i pokonania barier ich charakterów, nieraz wystawiając ich na próby.
Już pierwsze ujęcia z rzeźni pokazują jaki klimat ma ten film. Atmosfera obrazu to mieszanka maksymalnego realizmu z groteską oraz surrealizmem. Zestawia brutalne obrazy z rzeźni z delikatnymi i pełnymi czułości scenami nawiązania relacji przez dwójkę bohaterów, elegancko wplatając w to inne, często zabawne, wątki. Spotkanie pary neurotyków staje się idealną sytuacją do analizy początków międzyludzkich relacji. Podobieństwo charakterów Marii i Endre pozwala im się nawzajem zrozumieć, ale ich cechy nie pozwalają im wyjść ze swoich skorup. Ich wycofanie staje się przekleństwem, które nie pozwala rozwinąć ich wzajemnej relacji, a gdy w końcu oboje będą gotowi na wpuszczenie kogoś do swojego uporządkowanego świata może być już zbyt późno. Rzeczywistość rzeźni nie jest jedynie tłem dla love story dwójki dziwaków, ale źródłem gagów, które potrafią obśmiać nawet najpoważniejsze sprawy.  
Reżyserka każdą sceną udowadnia jak trafioną decyzją jest też wybór takiego a nie innego tytułu filmu. Dusza i ciało to nie tylko dwa elementy tworzące  człowieka. To też dwie składowe bohaterów, które muszą współgrać, aby ich związek miał przyszłość. A zarówno ich dusze, jak i ciała stanowią przeszkodę w drodze do spełnienia. Niepełnosprawność Endre jest źródłem jego kompleksów. A trudne osobowości obojga właściwie uniemożliwiają nawiązanie znajomości, nie mówiąc już o spełnionym związku. Dusza i ciało symbolizują też dualizm naszego świata, gdzie marzenia przeplatają się z szarą rzeczywistością, smutek z radością, emocje z rozumiem, a zwierzęca natura z tym, co wyłącznie ludzkie, a instynkt z rozsądkiem. A każdy element potrzebuje równowagi, co świetnie rozumie Ildiko Enyedi, zarówno na poziomie fabuły, jak i stosowanych środków filmowych.
Na cały akapit pochwał zasługuje Alexandra Borbely w rolii Marii. Bohaterka w jej wykonaniu jest wiarygodna, nawet w najbardziej absurdalnych sytuacjach. Jej postać cały czas budzi nasze zainteresowanie oraz całe spektrum emocji, przy  tym sprawia, że ciągle darzymy są sympatią, jak dziwna i zimna by się nie wydawała.

Ildiko Enyedi w swoim filmie nie odkrywa żadnych nowych prawd, ani nie wyciąga żadnych oryginalnych wniosków. Ale w sposób jaki konstruuje świat na ekranie, jej mistrzowskie wyczucie proporcji, reżyserska odwaga, ale też rozsądek, sprawiają, że styl tego filmu, jego bohaterowie i magiczny wręcz klimat pozwalają na nazwanie go arcydziełem. 


Daniel Mierzwa

poniedziałek, 22 stycznia 2018

Syn Królowej Śniegu (2017)

Reżyseria: Rafał Wichrowski 
Gatunek: Dramat
Premiera w Polsce: 19 stycznia 2018

Rafał Wichrowski to reżyser, który w CV ma kilka filmów, które mało kto widział, a kto oglądał, raczej nie był zachwycony, i sporą ilość odcinków popularnych, i nie zawsze cenionych seriali. Teraz do kin wszedł jego nowy film Syn Królowej Śniegu według scenariusza Pawła Sali, zdobywcy Paszportu Polityki za świetną Matkę Teresę od kotów.

Anna, młoda kobieta, samotnie wychowuje, a właściwe zrzuca ten obowiązek na wszystkich wokół, swojego syna Marcina. Chłopiec często odwiedza swojego sąsiada, starego Kazimierza, który wprowadza go w magiczny świat baśni Hansa Christiana Andersena. Matka Marcina tymczasem poświęca swój czas na pracę, przypadkowe znajomości z mężczyznami i mało eleganckie zbywanie zakochanego w niej Kamila.  W pewnym momencie uznaje, że to syn stoi na jej na przeszkodzie w osiągnięciu szczęścia.
Cała historia opowiedziana jest w baśniowej konwencji, która próbuje przerodzić się w horror. Wszystko to jednak niezbyt udanie. I zabieg, który w literaturze znakomicie udał się Joannie Bator w Ciemno, prawie noc, za nic nie udaje reżyserowi Syna Królowej Śniegu. Film zbyt pełen jest manier z telenowel. Cała historia wypada blado, wszystko jest zbyt prymitywnie przedstawione.  Postacie są niezbyt udane i nawet dobra, subtelna gra Anny Seniuk jako gospodyni, u której Anna i jej syn mieszkają, oraz Franciszka Pieczki jako Kazimierza, nie sprawia, że postaci przestają przypominać bohaterów nieco zapomnianego już serialu Plebania. Prawdziwy popis aktorskiej nieudolności daje, jednak Michalina Olszańska. Jedna z najzdolniejszych młodych polskich aktorek chyba pogodziła się, że jej bohaterka, prawdziwe wcielenie samych najgorszych cech, która ani przez moment nie zachowuje się w sposób, który można by zrozumieć, jest przypadkiem roli, której odegrać się nie da dobrze i zajmuje się tylko rzucaniem złowieszczych min. Właściwe wydaje się, że w konwencji tego filmu wypaść nie można dobrze, dlatego najlepiej na ekranie prezentuje się Ewa Szykulska, która w bardzo przerysowany sposób gra swoją postać i w ten sposób na ekranie broni się najlepiej z całej obsady.
Na pochwały nie zasługuje też na pewno praca kamery, która jak żywo przypomina tą z telewizyjnych tasiemców. Okropna jest też muzyka. Właściwie przez cały film na jej temat do głowy przychodzą dwa określenia – irytująca i bardzo irytująca.
Oczywiście nie jest to film, który posiada same wady. Dobre są kostiumy i charakteryzacja. Bohaterowie może zachowują się dziwnie, ale wyglądają właśnie tak jak wyglądać powinni. Całkiem udane jest też zestawienie domu, w którym mieszka Anna, spokojnego, sielskiego, ale też niezbyt nowoczesnego i biednego, ze światem dusznych klubów i lśniących galerii handlowych, do którego próbuje aspirować.

Syn Królowej Śniegu to film, który porusza trudne tematy, których wielu twórców unika. Niestety to, co ważne i istotne zajmuje, w tym filmie zaledwie kilka minut, a resztę wypełniają niepotrzebne sceny. Film Rafała Wichrowskiego potrzebowałby poprawy scenariusza, wycięcia wielu scen, zmiany muzyki i zdolnego operatora. A to zbyt wiele, aby uznać ten film nawet za udany. 


Daniel Mierzwa

niedziela, 21 stycznia 2018

Atak paniki (2017)

Reżyseria: Paweł Maślona
Gatunek: Dramat, Komedia 
Premiera na świecie: 19 stycznia 2018

Atak paniki okazał się przebojem zeszłorocznego festiwalu w Gdyni, filmem, któremu wróży się kultowy status i jedną z najbardziej oczekiwanych polskich premier początku 2018 roku. I wreszcie nadszedł moment, gdy pełnometrażowy debiut Pawła Maślony zawitał na ekrany kin.

Atak paniki to zbiór pozornie nie powiązanych ze sobą anegdotycznych historii. Radiowiec dokonuje samobójstwa, nastoletnim chłopcom towarzyszą dziwne odczucia podczas palenia marihuany, pisarka spotyka się z mężem, z którym żyje separacji na kolacji, parze w średnim wieku wracającej samolotem z wakacji udany powrót psuje i to na wiele sposobów namolny pasażer zajmujący fotel obok, uzależniony od gry online pracownik firmy cateringowej zostaje nękany przez telefon, przez co do internetowej rozrywki wciąga swoją otaczającą się psami i kotami matkę, podczas gdy on obsługuje wesele, na którym panna młoda w zaawansowanej ciąży planuje poród, a w życie młodej dziewczyny zarabiającej na życie pokazami na erotycznej stronie, wpada tłum nakręconych i hałaśliwych przyjaciółek. Wszystkie te opowieści, w których bohaterowie zmuszeni są do wyjścia ze swojej strefy komfortu, pędzą w zawrotnym tempie do rozwiązania, w którym wszystkie zostają ze sobą splecione.
Sposób połączenia wątków jest po prostu znakomity. Losy bohaterów wydają nam się dziać równocześnie, później wszystko to okazuje się złudzeniem, a ramy czasowe dużo szersze niż nam się wydaje. Jednak nie tylko to jest atutem scenariusza autorstwa reżysera Pawła Maślony i występujących na ekranie Aleksandry Pisuli i Bartosza Kotschendoffa. Świetnie, naturalnie brzmiące i znacznie lepsze niż to do czego przyzwyczaiło nas polskie kino, są dialogi. Pozbawione są sztuczności i brzmią jak żywcem wyjęte z prawdziwego życia, dzięki czemu Atak paniki jeszcze zyskuje aktualności. 

Znakomity był ten pomysł obsadowy, aby wśród znane i cenione twarze polskiego aktorstwa jak Dorota Segda czy Artur Żmijewski, i nazwiska, które ostatnio są na fali swoich karier (Magdalena Popławska i Grzegorza Damięcki) wpuścić też sporo nowych postaci, które talentem ani na moment nie odstają od doświadczonych kolegów.

Atak paniki pod płaszczykiem szalonej komedii o zwykłym życiu jest poważnym manifestem o walce z niełatwą rzeczywistością, która wystawia nas na liczne próby. 


Za możliwość obejrzenia seansu pełnego ataków śmiechu, a nie paniki  dziękujemy kinu Cinema City Punkt 44 w Katowicach.

Daniel Mierzwa

sobota, 20 stycznia 2018

Wonderstruck (2017)

Reżyseria: Todd Haynes
Gatunek: Dramat
Premiera na świecie: 18 maja 2017

Todd Haynes od lat ma łatkę wielkiego wrażliwca amerykańskiego kina. Jego filmy przepełnione są melancholią, subtelnymi uczuciami i bohaterami poszukującymi swojego ja, mimo przeciwności jakie szykuje im otaczająca rzeczywistość. I w swoim najnowszym sięga po te elementy, ale odchodzi od typowych dla jego filmów querrowych bohaterów i na ekranie towarzyszymy dwójce młodych bohaterów.

Wonderstruck to dwie przeplatające się historie. Jedna to dziejąca się w 1977 roku opowieść o zainteresowanym kosmosem Benie, dwunastoletnim chłopcu, którego samotnie wychowuje matka, a jego próby dowiedzenia się kim jest jego ojciec nie przynoszą żadnych rezultatów, ale jedynie frustracje.  Osierocony, a następnie pozbawiony słuchu w wyniku uderzenia pioruna, postanawia porzucić swoje otoczenie i wyruszyć do Nowego Jorku na poszukiwana swojego ojca.  Druga opowieść, tocząca się 50 lat wcześniej niż opowiadane losy Bena, to historia Rose zafascynowanej kinem,  głuchoniemej dziewczynki, która opuszcza swój dom i ojca, aby przemierzać Nowy Jork z wycinkiem z gazety o występie swojej matki.
Haynes to reżyser, którego filmy w pełni zasługują na miano stylowych. Bawi się tutaj dwoma płaszczyznami czasowymi. Wątki z 1927 roku nagrane w konwencji czarno-białego, niemego kina. Czerpią w pełni z slapsticku i przerysowania ówczesnych filmów, tworząc urocze kontry do pełnego kolorów, psychodelicznej muzyki i fryzur typu afro świata lat 70. W obu wypadkach są eleganckim hołdem dla minionych lat, które w oczach tych któż wówczas dorastali zawsze będą magicznym okresem.
Bohaterowie potraktowani są przez reżysera z czułością z jaką zwykł on traktować postaci ze swoich filmów. Sporo tutaj wzruszeń, ciepła, a każde przeszkody na drodze bohaterów mogą zostać pokonane. Akcja toczy się powoli dając czas na kontemplację, refleksję i zachwyty nad wykreowanym światem, pełnym niezwykłej atmosfery. Ta jednak nigdy nie jest przesadzona, a jest to niezwykłość jaka otacza sentymentalne powroty do świata dzieciństwa.

Wonderstruck nie jest filmem porywającym, ale powoli otacza nas swoją magiczną atmosferą, że gdy już się kończy, czujemy niedosyt i nie chcemy opuszczać wykreowanego na ekranie świata. 


Daniel Mierzwa

czwartek, 18 stycznia 2018

Narzeczony na niby (2018)

Reżyseria: Bartosz Prokopowicz
Gatunek: Komedia rom.
Premiera w Polsce: 12 stycznia 2018

Reżyser Bartosz Prokopowicz po ostatnim swoim filmie Chemia, który porusza zdecydowanie poważny i trudny temat, tym razem zabrał się za film z zupełnie innej bajki. Komedie romantyczną, której bliżej do pospolitego kiczu niż dobrego kina.


Narzeczony na niby to historia Kariny (Julia Kamińska) współczesnej, zabieganej dziewczyny, zapracowanej przy produkcji muzycznego, telewizyjnego show, gdzie zresztą poznała swojego chłopaka (Piotra Adamczyka) - bogatego reżysera. Pozornie jej życie wydaje się idealne, a natłok obowiązków zdecydowanie może tłumaczyć swoim zaangażowaniem i dążeniem do perfekcji. Wszystko jednak ma swój koniec, podobnie z miłością, wiec z biegiem akcji okazuje się, że parter ją zdradza, a na domiar złego swojej kochance kupuje identyczna bieliznę. Gdy wydaje się, że gorzej być już nie może, w samochód dziewczyny uderza zapracowany taksówkarz Szymon (Piotr Stramowski), którego Karina planuje sprytnie wykorzystać w niewygodnej sytuacji rodzinnej.

Całość produkcji wydaje się zupełnie pozbawiona sensu. Pełna schematów, na siłę zbudowana z gagów i lokowanych produktów, by ostatecznie Tomasz Karolak mógł prowadzić kampanie reklamową filmów, w których zagrał. Ciągle zwroty akcji i kolejne pojawiające się wątki, zdecydowanie nie dodają jakości, a jedynie utrzymują w przekonaniu o beznadziejności seansu. Uciążliwe jest również ciągle przerysowanie i przesada, bo przecież nie możliwe jest, aby bohaterowie mogli zamieszkiwać podrzędne osiedle, czy mieć pospolią pracę. Od razu należy ich szufladkować i wsadzać w drogie stroje i apartamenty w widokiem na Pałac Kultury i Nauki.

Obsada jest podobnie nijaka jak cały scenariusz. Nie powala zarówno Julia Kamińska w roli Kariny, jako z jednej strony waleczna kobieta, a z drugiej bezradna, w ciągle naciągniętym sweterku, podobnie Piotr Stramowski jako Szymon - taksówkarz z ogonem. Blado wypada również Piotr Adamczyk, który na ekranie daje popis żenady, rzucając kolejnymi angielskimi słówkami, gra rolę czarnego charakteru, jednak bez polotu. Akceptowalnie na ekranie prezentuje się jednak Dorota Kolak - jako matka bohaterki zawzięcie stara się ciągle przekonywać do swoich racji oraz Tomasz Karolak, który pierwszy raz od bardzo dawno nie robi z siebie przesadnie błazna, a jego żarty w porównaniu z całością scenariusza nie prezentuje aż tak niskiego poziomu.

Narzeczony na niby to pozbawiona chemii i emocji produkcja o zauroczeniu, która z pozoru może wydawać się akceptowalnym obrazem, jednak z każdą minutą odkrywa kolejne dowody na swoją beznadziejność.


Patrycja Strempel


środa, 17 stycznia 2018

Król polki (2017)
Reżyseria: Maya Forbes
Gatunek: Komedia
Premiera: 22 stycznia 2017

Nieraz widzowie mieli okazję oglądać na wielkim ekranie historie o pogoni za marzeniami, często oparte na konwencji od zera do bohatera - bawią, czasami wzruszają, by zapadać w pamięci. Przygodę za oceanem naszego rodaka  postanowiła pokazać Maya Forbes, w filmie który może zawieść niewykorzystanym potencjałem, dającym jednoznaczne dowody na sposób postrzegania naszych obywateli za granicą.


The Polka King to obraz inspirowany życiem Jana Lewana popularnego w latach swojej świetności wykonawcy specjalizującego się w muzyce brzmieniem przypominającej biesiadne przeboje, który swoimi kolorowymi strojami nawiązującymi do polskiego folkloru, zdobył zaufanie wielu Amerykanów. Zdobywca nominacji do nagrody Grammy, koncertował w Stanach wraz ze swoim zespołem z latach 90., a do tego, dzięki swojemu sprytowi i zaufaniu klientów zbudował piramidę finansowa, w którą wciągnął ponad 400 osób. Jego cwaniactwo i ciągle dążenie do wzbogacenia się, przyczyniły się do ostatecznego wielkiego upadku, jednak po drodze miał okazję poznać nawet Papieża Polaka, czy inne wielkie osobistości ze świata polityki.

Reżyserka prowadzi widza przez etapy jego życia, a w retrospekcjach przypomina jego pierwsze spotkanie z żoną, czy biznesowe początki. Przy tym wybiera kilka piosenek, które bohater wyśpiewuje na scenie i co chwile przeskakuje o kolejne lata z jego życia. Każda ze scen wprowadza odrobinę humoru, a gra kolorami i tandetą lat 90. dodają filmowi swojskiego klimatu.

Całość pozycji zagrania sobie Jack Black w głównej roli. Gdy pojawia się na ekranie jego blask przyćmiewa cały drugi i dalsze plany, nie dając możliwości pokazania siebie innym. Jednak na tym też polegał sukces Lewana - robiąc wiele szumu wokół mało znaczących rytmów Polki, osiągnął sukces, na którym zbudował swoje niewielkie imperium i amerykański sen.

Król polki to pełna optymizmu pozycja, która z lekkością porusza muzyczne tematy, by ostatecznie wplątać w intrygę i zadziwić inwestycyjnym drygiem polskiego bohatera.


Patrycja Strempel


wtorek, 16 stycznia 2018

Pomniejszenie (2017)
Reżyseria: Alexander Payne
Gatunek: Dramat, Komedia, Sci-Fi
Premiera w Polsce: 12 stycznia 2018

Alexander Payne już nie raz zachwycał swoimi obrazami widzów, a jego regularności w wyścigu o prestiżowe nagrody mogą mu inni tylko pozazdrości. Tym razem na ekranie pokazuje świat wyjątkowy, choć mały, robi duże wrażenie.


Pomniejszenie to trudny do zdefiniowany filmowy gatunek. Połączenie sci-fi, fantasy momentami z elementami dramatu, a do tego przepełniony społeczną satyrą inspirowaną problemami współczesnej cywilizacji. Jest historią wyjątkowego wynalazku szwedzkich naukowców, który daje możliwość pomniejszania żywych organizmów do zaledwie niewielkich rozmiarów. Staje się to świetnym rozwiązaniem dla szerzących się problemów związanych ze środowiskiem i motywem do ratowania planety. Dla ludzi jest to również szansa na dostatnie życie w miniaturowej kolonii, w której ich obecne środki pieniężne przybierają kolosalne wielkości, a najbardziej widowiskowy domek dla lalek, może być czyjaś rezydencją. Z przygotowanej oferty zaczyna korzystać coraz więcej osób, za namową znajomych zastanawiania się nad tym również Paul Safranek (Matt Damon) wraz z żoną Audrey (Kristen Wiig), którym kredyty i skromne życie w domu po rodzicach zaczynają ciążyć. Jednak Paul nie ma tak łatwego startu w małym świecie jak zakładał, a jego początkowe marzenie o życiu w wiecznym bogactwie przeradza się smutną rzeczywistość z koniecznością pracy z call centre włącznie. Zupełnie zmienia swoją postawę, gdy poznaje wietnamską buntowniczkę, która pokazuje mu jak niewiele różni się ten nowy świat od tego który pozostawił za sobą. Pod jej wpływem zupełnie zmienia swój system wartości, mogąc wraz z nią poznawać ten mały świat od nowa.

Całość pozycji zdecydowanie dobrze się prezentuje wizualnie. Jest w niej wiele momentów zabawnych, a twórcy z wykorzystaniem ironii i sarkazmu zadowolą wielu widzów. Jednak jest to film bardzo niekonsekwentny, jasno podzielony na dwie części - pierwszą bardzo energiczną, pełną widowiskowego świata i humoru oraz drugą pełną patosu, moralitetów i mądrości o kondycji naszej planety. Zmiana środowiska ma duży wpływ na energię filmu, który nagle przycicha, uspokaja się i staje się wręcz nudny.

Wiele dobrego wprowadzają aktorzy. Świetnie prezentuje się Matt Damon, jako główny bohater wprowadza widza w pomniejszony świat i jego tajniki. Podobnie Hong Chau jako wietnamska bojowniczka, wraz z Paulem stanowią pozornie zgrany duet, jednak z biegiem akcji denerwują przesadnym zaangażowaniem w sytuację. Wiele pozostałych wprowadzonych postaci, wydaje się być w fabule dostatecznie niewykorzystane lub wręcz niepotrzebnych.

Pomniejszenie to idealny przykład zmarnowanego potencjału, gdy świetna realizacja i wykreowany świat mijają się zupełnie z druga, przesadzoną stroną, która pomimo, że porusza wyjątkowo istotny problem, zarzuca widza niepotrzebnymi refleksjami.



Patrycja Strempel 

poniedziałek, 15 stycznia 2018

Paryż i dziewczyna (2017)
Reżyseria: Leonor Serraille 
Gatunek:  Dramat
Premiera w Polsce: 1 czerwca 2018

Paryż jest wdzięcznym tłem filmów, a czasem nawet ich bohaterem. A wdzięcznymi bohaterkami obrazów są nieco szalone dziewczyny z problemami. A gdy mamy taką dziewczynę i takie miasto film staje się wręcz samograjem. Z takiego założenia wyszła Leonor Seraille tworząc swoje debiutanckie dzieło Paryż i dziewczyna, które jury pod przewodnictwem Sandrine Kiberlain uznało najlepszym debiutem pokazywanym na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Cannes w 2017 roku, dzięki czemu młoda reżyserka trafiła do grona takich artystów jak Jim Jarmusch, Jafar Panahi, Mira Nair, Tran Anh Hung czy Ildiko Enyedi.

Główną bohaterką filmu jest Paula, młoda, choć już nie tak jak można by wywnioskować z jej zachowania kobieta, która porzucona przez swojego partnera, wraca do swojego rodzinnego Paryża. Planuje rozpocząć nowe życie, co jednak nie jest łatwe, gdy własna matka przed tobą ucieka, przyjaciele mają dosyć, a lekarz na pogotowiu jest gotowy wysłać cię na obserwację do szpitala psychiatrycznego. Udaje jej się jednak zaczepić w pracy jako opiekunka małej i smutnej dziewczynki, a ponadto dorabiać w sklepie z bielizną. A we wszystkich małych sukcesach pomaga jej skłonność do mitomani. Jak jednak nakazują zasady filmowych scenariuszy pojawiają się kolejne kłopoty i to bardzo różnej natury.
Paryż i dziewczyna to film, który jest, często dosyć gorzkim, dramatem. I jest bardzo dobry jako film o wymuszonym dojrzewaniu, sprawia jednak wrażenie, że jego twórczyni znacznie lepiej się czuje w tonacji komediowej, pełnej ironii i sarkazmu, właściwe poniżając stworzoną przez siebie bohaterkę, która także u widzów nie budzi współczucia, a jedynie politowanie. Poczucie humoru jest tutaj jednak na wysokim i unikającym wulgarności poziomie, przez co zapewnia dobrą rozrywkę. Dużo filmowi daje też obsadzenie w głównej roli Laetitii Dosch, która dostaje pierwszą główną rolę w swojej karierze i nie pozwala, aby uwaga na ekranie została skupiona na kimś innym, grając rozedrganą Paulę w bardzo brawurowy, ale wiarygodny sposób,
Paryż i dziewczyna to film, któremu daleko do wybitności. I chociaż fabuła nie porywa, to dzięki poczuciu humoru i świetnej aktorce w roli głównej stolica Francji i Paula są najzabawniejszym duetem, jaki można zobaczyć na ekranie w ostatnim czasie.


Daniel Mierzwa

niedziela, 14 stycznia 2018

Bracia Lumière (2016)
Reżyseria: Thierry Frémaux
Gatunek: Dokumentalny
Premiera w Polsce: 1 września 2017

Początki kina zawsze prezentują się fascynująco. Pierwsze filmowe próby braci Lumière do dziś zadziwiają pomysłem, wykonaniem oraz urokiem scen, które pomimo, że trwają zaledwie niecałą minutę są dziełami wybitnymi.


W podroż  po filmach braci Lumière zabiera widza Thierry Frémaux, który zarówno piastuje role reżysera, jak i narratora. Podzielił film na części i w każdej z nich prezentuje zbiór tematycznie wybranych dział w wykonaniu Braci. Oglądać możemy ich najbardziej znane obrazy, jak Wyjście robotników z fabryki - uważane za początek kinematografii, humorystyczną scenę oblewanego polewacza na polanie, czy Wjazd pociągu na stację w Ciotat. Są też takie, które będąc pionierskimi w swojej klasie stały się pierwowzorami dla wielu późniejszych filmowych scen, również znanych, współczesnych twórców.

Braciom wykorzystując swój wynalazek – kinematograf, udało się rozzłościć ówczesnych wynalazców w tym Thomasa Edisona, zapisując się jednak w dziejach ludzkości. Wraz ze swoimi operatorskimi współpracownikami stworzyli ponad tysiąc czterysta krótkich filmów zebranych w katalogu filmów braci Lumière, z których tylko wybranych sto osiem pozycji postanowił ukazać Thierry Frémaux w swoim dokumencie. Pełniąc role narratora, dyrektor festiwalu filmowego w Cannes, opowiada widzom o detalach, zwraca uwagę na kadrowanie, spojrzenia w kamerę, czy perspektywę. Wprowadza widza w ten niemy, czarno-biały świat, który z pozoru może wydawać się błahy, jednak skrywa wiele tajemnic, uroku, czy pozytywnego inscenizowanego humoru. Opowiada o ukazywanych krajobrazach miast, nadawaniu dynamizmu, czy chętnie wykorzystywanym przez twórców motywie dzieci. Bracia Lumière lubowali się w ukazywaniu zwykłego życia Francuzów, pomimo że w większości w inscenizowanych scenach, widzowie mają okazję zobaczyć, jak prezentowały się ukazywane miasta ponad 100 lat temu. Zabierają widza w podróż w czasie, by pokazać światu świat, a przy tym zadziwiać doskonałością.

Bracia Lumière to zdecydowanie warty uwagi obraz, w którym z lekką melancholią i sentymentem spoglądamy na początki kina. Dokument pomimo, że pozbawimy jest szerszych historycznych rysów, pokazuje przeszłość z należytym szacunkiem i uwagą.


Patrycja Strempel