Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sci-fi. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sci-fi. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 20 lutego 2020

Ptaki Nocy (i fantastyczna emancypacja pewnej Harley Quinn)

Reżyseria: Cathy Yan
Gatunek: Akcja, Sci-Fi
Premiera w Polsce: 7 lutego 2020

W nie do końca udanej, ale niewątpliwie zabawnej animacji Młodzi Tytani: Akcja! Film  bohaterowie w oczekiwaniu na seans premiowego filmu o nowych przygodach Batmana oglądają zwiastuny kolejnych filmów z jego uniwersum. Wśród zapowiedzianych produkcji znalazły się obrazy o losach Alfreda,  Batmobilu, a nawet bojowego pasa Batmana. Rzeczywistość wygląda całkiem podobnie i powstają coraz to kolejne filmy o postaciach znanych z komiksów DC. I tak to kin trafiły Ptaki Nocy (i fantastyczna emancypacja pewnej Harley Quinn), skupione na losach szalonej byłej partnerki Jokera, która ostatecznie zamyka związany z nim rozdział życia eksplozją w zakładach Ace Chemicals.

Po rozstaniu z swoim „Pączusiem” pozycja Harley Quinn w świecie największych nikczemników w Gotham mocno ucierpiała. Okazuje się ze nie jest najbardziej lubianą osobą w mieście i  stanowczo więcej osób życzy jej śmierci (i często nie kończą wyłącznie na życzeniach), niż pragnie się z nią zaprzyjaźnić. A szczególnie cięty na zakręconą bohaterkę jest Roman Sionis, zmanierowany, bogaty, zwariowany na punkcie zrywania skory z twarzy i trzęsący półświatkiem Gotham zbir znany jako Czarna Maska, który  oprócz Harley Quinn ma też na oku pewien bardzo cenny brylant.

Choć tytuł wskazuje, że ma to być historia emancypacji Harley Quinn i jej drogi do niezależności zarówno w świecie złoczyńców jak i w życiu prywatnym, jest to raczej opowieść o próbie odzyskania szacunku do samej siebie poprzez przemoc, która wypada raczej blado z powodu chaotycznego scenariusza i reżyserii Cathy Yen, która chyba zbyt wiele razy oglądała kinowe wyczyny Deadpoola. Całość na swoje barki bierze Margot Robbie, która bawi się swoją rolą, co ratuje marne dialogi i z niezbyt angażującą fabułę.

Harley Quinn towarzysza również inne bohaterki, jednak mimo potencjału są zupełnie nieciekawe i być może bez ich udziału byłoby może nieco lepiej, bo fabularny bałagan aż tak by się nie rozpanoszył. Black Canary po prostu na ekranie jest, a gdy używa swojego nadzwyczajnego głosu, zamiast podziwu dla jej supermocy, można jedynie odczuć zażenowanie. Renee Montoya-  niedoceniana policjantka, jest tylko powodem do kilku gagów o policjantach, a młoda złodziejka Cassandra Cain, która odpowiada na kradzież bardzo pożądanej błyskotki, nie wnosi żadnego interesującego wątku (chyba, że kogoś interesują tematy związane ze środkami na przeczyszczenie). Postacią posiadającą ciekawą historię jest Łowczyni (i tak zapamiętacie ją jako Zabójcę z Kuszą), ale poza interesującym tłem nie ma wiele wartego uwagi w tej bohaterce. Irytujący jest też Ewan McGregor, którego przerysowany bohater ma wyraźny komiksowy rys, uroczy styl ubierania i niejasne relacje ze swoim pomagierem.

Być może całość wypadła by lepiej, gdyby skupiła się bardziej na przeżyciach Harley Quinn niż na budowaniu na siłę pełnego akcji filmu wypełnionego komiksowa przemocą. Bo niewątpliwe Ptaki Nocy (i fantastyczna emancypacja pewnej Harley Quinn) to potężna, pędząca z zawrotność prędkością rozrywkowa maszyna, która nie została jednak zbyt dobrze naoliwiona.



Daniel Mierzwa

niedziela, 10 marca 2019


Kapitan Marvel (2019)

Reżyseria: Anna Boden, Ryan Fleck
Gatunek: Akcja, Sci-Fi
Premiera w Polsce: 8 marca 2019

Brie Larson z impetem wchodzi w uniwersum Marvela. Aktorka, której świetną rolę w filmie Pokój wspominamy do dziś, czekało niemałe wyzwanie porwania publiki w komiksowej ekranizacji. Superbohaterskie uniwersum wydaje się nie mieć końca, jednak tym razem twórcy zabierają nas na sam jego początek.


Akcja Kapitan Marvel rozpoczyna się pod koniec ubiegłego wieku, gdy o Avengers nikt jeszcze nie słyszał, a wręcz to właśnie wtedy narodził się ten program. Pilotka Carol Danvers znana na początku jako Vers to świeża wojowniczka, która w galaktycznym imperium Kree pomaga mierzyć się z zmiennoksztaltnymi Skrullami. Jej pierwsza misja okazuje się jednak nie do końca udana, a ona sama zostaje porwana. Dla wroga szczególnie cenną jest informacja, którą Carol ma ukrytą gdzieś głęboko w podświadomości, z której sama nie zdaje sobie sprawy. Jednak tortury umysłu stają się dobrym impulsem, do początkowo nieśmiałych przebłysków pamięci, które sprowadzają ostatecznie bohaterkę na Ziemie. Carol powoli zaczyna odkrywać dawno skrywane tajemnice o swoim pochodzeniu i tym, jak zdobyła swoje wyjątkowe umiejętności.

Przed duetem reżyserskim zostało postawione spore wyzwanie. W kulminacyjnym momencie, gdy wszyscy fani Avengers oczekują ostatecznego starcia, serwują spory spoiler prawdopodobnego zakończenia. Ponadto przyszło im się zmierzyć z pokazaniem odpowiednio silnej bohaterki, która porwie za sobą tłumy, ale przy tym nie zgubi wrażliwości, i co ostatnio najważniejsze, poczucia humoru. W tym miejscu niestety widzowie nie uświadczą oczekiwanych fajerwerków. Pomimo początkowo wartkiej akcji i obiecującego seansu pełnego kosmicznej rozrywki, kolejne minuty przynoszą tylko mocne uderzenie o ziemie (nie tylko widzem) i wielu bohaterów, których historie, tak jak szybko rozpoczęto, tak samo szybko zakończono, nie wykorzystując ich pełnego potencjału. Brakuje również większej interakcji Carol z czarnym charakterem, czy samych emocji, które zastąpiono skupieniem nad uzupełnianiem fabuły dla pozostałych bohaterskich filmów.

Produkcje za wszelką cenę stara się ratować Samuel L. Jackson, z odmłodzoną twarzą, humorystycznymi wstawkami i rudym kotek pod pachą, przemierzaja galaktykę razem z Vers starając się podnieść poziom seansu, jednak nie wszystko można uratować znanymi bohaterami.

Kapitan Marvel to dobry przedsmak nadchodzących zmian w uniwersum Marvela, prawdopodobna zapowiedz dobrego zakończenia, z istnym preludium w tle. Z drugiej jednak strony, bardziej film drogi, o poszukiwaniu własnego ja, niż superbohaterska doskonałość.


Patrycja Strempel

czwartek, 11 października 2018


Venom (2018)
Reżyseria: Ruben Fleischer
Gatunek: Akcja, Sci-Fi
Premiera w Polsce: 5 października 2018

Fala filmowych adaptacji komiksów zalewa nasze kina i nie zamierza przestać. Dlatego właśnie na naszych ekranach wylądował kolejny obraz na podstawie obrazkowej opowieści – Venom w reżyserii Rubena Fleischera twórcy popularnego Zombielandu. Tytułowy bohater już raz zawitał na wielkim ekranie, gdy był czarnych charakterem w Spider-Manie 3. Nie był to jednak nazbyt udany film, dlatego wróg Człowieka-Pająka zyskał szansę na rehabilitację w pełnometrażowym filmie poświęconym wyłącznie jemu.



Eddie Brock jest dziennikarzem śledczym, jego kariera szybko gaśnie, gdy postanawia zadać serię niewygodnych pytań Carltonowi Drake’owi, młodemu prezesowi ważnego przedsiębiorstwa, które odpowiedzialne jest za katastrofę kosmicznego promu i śmierć astronautów. Gdy jego kariera gaśnie, związek się rozpada, a on pogrąża się w marazmie jako bezrobotny, zgłasza się Dora Skrith, pracownica Drake’a, której odzywają się wyrzuty sumienia. Wspólnie dostają się do laboratorium, w którym kobieta pracuje. Tam organizm Eddiego łączy się z symbiotem, tajemniczą formą życia z kosmosu, która okazuje się potężna, niebezpieczna, ale też obdarzona poczuciem humoru.

Venom to film, który jest tylko i wyłącznie filmową ekranizacją komiksu. Daleko tu od wizjonerstwa, nowatorstwa czy wirtuozerii, a całość pozostaje o krok w tyle za resztą obrazów z postaciami z komiksów.Nie pomaga tutaj pierwszorzędna obsada. Główną rolę gra Tom Hardy, którego gwiazda mocno świeci od dawna. A na drugim planie towarzyszy mu Michelle Williams jako Anne Weying, której rola mimo jej talentu i potencjału postaci, kobiety odważnej, gotowej do poświęceń, ale zagubionej we własnych uczuciach, dostaje tak mało ciekawych scen, że nie wnosi nic interesującego. Czarny charakter odgrywa Riz Ahmed, zdolny aktor, ale jego postać wydaje się być obita ze sztancy pozbawionych skrupułów rozczarowanych ludzkością szaleńców. Nic nowego nie wnosi też korzystanie przez reżysera ze sprawdzonych wzorców horrorów, ani budowanie schizofrenicznej relacji między Brockiem, a tytułowym Venomem.

Venom może być udaną rozrywką dla stęsknionym za tym bohaterem fanów komiksów i kreskówek o Spidermanie. Cała reszta będzie jedynie rozczarowana.



Daniel Mierzwa

wtorek, 18 września 2018


Predator (2018)

Reżyseria: Shane Black
Gatunek: Akcja, Sci-Fi
Premiera w Polsce: 14 września 2018

Po ponad 30 latach od premiery pierwowzoru do kin powraca kultowy niegdyś Predator. Licznie później kontynuowany, dostarczał fanom rozrywki, ale i rozczarowań. Wymagającego więc zadania podjął się Shane Black - reżyser trzeciej odsłony Iron Mana, czy Nice Guys. Równi goście, starając się kolejny raz przenieść na ekran dobrze znane motywy, jednak z współczesnym zacięciem.


Szczątki fabuły, które nie koncentrują się na pościgach i mordzie, prezentują historię żołnierza Quinna McKenna. Podczas jednej z misji niespodziewanie pojawia się pojazd z kosmosu, a w walce giną jego towarzysze. On niesiony nutą ciekawości, kradnie kosmiczne elementy garderoby przybysza i ucieka. Oczywiście następują komplikacje, gdy okazuje się, że Predator, który pojawił się na Ziemi nie był jedyny, a ich rasa ciągle przechodzi modyfikacje genetyczne, mające na celu ich ulepszanie. Wkrótce kolejny groźny łowca pojawia się na ulicach małego amerykańskiego miasteczka, a na niebezpieczeństwo narażony jest przede wszystkim syn bohaterskiego Quinna – Rory, który ma pomóc kosmitom w ulepszeniu ich gatunku. Rozpoczyna się pełen efektów pościg, który oświetlają nowi towarzysze bohatera.

Reżyser zdecydowanie poszukuje inspiracji w filmowym pierwowzorze, jednak nadmiar pełnych brutalności i marnych żartów scen nie budują dobrej fabuły. Momentami film sprawia wrażenie jakby był pobawiony scenariusza, co bezpośrednio związane jest z biegającymi na oślep bohaterami, wykrzykującymi niby to zabawne kwestie. Na siłę starano się również upolitycznić całość produkcji, wprowadzając osoby prawdopodobnie z każdej grupy kulturowej i dając im ich czas ekranowy.

Predator to pełna efekciarstwa produkcja, której daleko do hitu sprzed lat. Wprawdzie twórcy starali się uczynić wszystko, by stworzyć z niej kino kosmicznej przygody, jednak zagubili się gdzieś w okolicach poszukiwań fabuły na poziomie.


Patrycja Strempel

wtorek, 28 sierpnia 2018


Mroczne umysły (2018)
Reżyseria: Jennifer Yuh Nelson
Gatunek: Thriller, Sci-Fi
Premiera w Polsce: 24 sierpnia 2018

Wakacje nieubłaganie zbliżają się do końca, ale to nie oznacza, że w kinach pojawiają się wartościowe filmy. I tak na wielkich ekranach pojawiły się u nas Mroczne umysły- kolejna ekranizacja książkowej serii i kolejne popłuczyny po filmowych przygodach pokroju Igrzysk śmierci.



Dzieci i młodzież zaczynają zapadać na dziwną chorobę. Nieliczne z nich, którym udaje się przeżyć, zdobywają niezwykle umiejętności. W wyniku paniki, która wybucha, młodzi ludzie zostają zamknięci w obozach z dala od reszty ludzi. Tam ci, którzy przejawiają najbardziej niebezpieczne zdolności, mają zostać zlikwidowani. Wśród zatrzymanych jest Ruby, dziewczyna, której dzięki wykorzystaniu swojego daru udaje się uniknąć śmierci. Niestety wszystko wychodzi na jaw. Ale dzięki pomocy obozowej lekarki udaje jej się uciec. Rzeczywistość poza ośrodkiem wcale nie jest jednak prostsza, a Ruby będzie musiała się nauczyć się komu może ufać.

Świat przedstawiony w Mrocznych umysłach jest zupełnie niewiarygodny i nieprzekonujący, niczym reakcja świata dorosłych na objawione zdolności ich pociech. Dlatego już od pierwszych minut ogląda się ten film z poczuciem zażenowania, bo śledzenie naciąganych przygód przeplatanych scenami tak ckliwymi, że budzącymi śmiech, nie daje raczej satysfakcji. Momentami można odnieść wrażenie, że twórcy tego filmu mieli zamroczony umysł już na etapie pisania scenariusza. A potem było już nimi tylko gorzej. Bo ciężko znaleźć w tym filmie jakikolwiek mocny punkt. Młodzi aktorzy grają jak w niezbyt udanym serialu z Disney Channel, a to dosyć rozczarowuje, bo w rolach głównych mamy tutaj Amandlę Stenberg, która z wdziękiem kreowała swoją postać w niezbyt udanym Ponad wszystko, i Harrisa Dickinsona, który zebrał nominacje do prestiżowych nagród za odważną rolę w niezależnym, pokazywanym w Sundance, dramacie Beach Rats. Całość doprawiona jest muzyką spod znaku radiowych hitów, która nie jest może zbyt dobra, ale i tak słucha się jej lepiej niż dialogów.

Mroczne umysły to film, który powstał jedynie na fali popularności gatunku. I niestety nawet na tle konkurencji filmowych dystonii wypada bardzo słabo. To początek filmowej serii, której przyszłość na pewno nie jest świetlana, można się jedynie spodziewać, że przepadnie gdzieś w mrokach historii kinematografii.



Daniel Mierzwa


sobota, 4 sierpnia 2018


Pierwsza noc oczyszczenia (2018)
Reżyseria: Gerard McMurray
Gatunek: Thriller, Sci-Fi
Premiera w Polsce: 20 lipca 2018

Upalna pogoda nie zachęca do podnoszenia temperatury czegokolwiek, ale dystrybutorzy filmów się tym nie przejmują i wprowadzają na ekrany kin odgrzewany kotlet – Pierwszą noc oczyszczenia, czyli prequel serii o jedynym dniu w roku, kiedy przez dwanaście godzin prawo w USA nie obowiązuje.

Pierwsza noc oczyszczenia cofa nas w czasie do dni kiedy partia Nowi Ojcowie Założyciele Ameryki wygrywa wybory i decyduje się na odważny społeczny eksperyment, który przeprowadzony ma zostać na nowojorskiej Staten Island. Ubodzy mieszkańcy chętnie decydują się na udział w eksperymencie i pozostanie w swoim miejscu zamieszkania, ponieważ rząd hojnie za to zapłaci.

Wśród tych, którzy zostają jest aktywistka społeczna aktywistka Nya, która sprzeciwia się nadchodzącemu eksperymentowi, jej młodszy brat oraz Dmitri, lokalny gangster i jej były chłopak. Gdy zacznie się noc oczyszczenia i na ulicach, choć nie od razu, zacznie się rzeź, będą zmuszeni walczyć o swoje, i nie tylko, życie.

Pierwsza noc oczyszczenia to film, który ma dostarczyć rozrywkę. Co niezbyt mu wychodzi. Fabuła znosi się do dwóch zdań, dialogi to potwornie sztywne banały, obsada aktorska robi na ekranie wiele, ale nie można akurat powiedzieć, że gra. A już walka Dmitriego – samego przeciwko wszystkim, przypomina najlepsze dokonania Stevena Segala. A wszystko to podlane sosem o rasowych i społecznych nierównościach, klasowych konfliktach i władzy, która ucieka się do oszustw, aby realizować swoje cele. Ale i te wątki są jedynie potrzebną, choć potraktowaną po macoszemu, publicystyczną nadbudówką.

Pierwsza noc oczyszczenia to krwawa jatka, która oferuje nam zamiast porywającej rozrywki, porcję nudy doprawionej banałem, która nie zasmakuje nawet fanom poprzednich części.


Daniel Mierzwa


piątek, 15 czerwca 2018


Jurassic World: Upadłe królestwo (2018)

Reżyseria: J.A. Bayona
Gatunek: Przygodowy, Sci-fi
Premiera w Polsce: 8 czerwca 2018

Świat pełen prehistorycznych gadów wykreowany przez Stevena Spielberga w kultowym Parku Jurajskim zyskał i wciąż ma ogromną liczbę fanów. Dlatego nie ma się, co dziwić, ze powstają kolejne filmy z dinozaurami. Właśnie do kin weszła kontynuacja Jurassic World, czyli kolejna próba ożywienia na ekranie wielkich jaszczurów - Jurassic World: Upadłe królestwo.


Na Isla Nublar, wyspie nieopodal Kostaryki, którą zwiedziliśmy w poprzedniej części, przebudził się potężny wulkan, który grozi zniszczeniem tego skrawka lądu i zagładą żyjących tam dinozaurów. Założyciele Jurassic World angażują Claire, którą w poprzedniej części poznaliśmy jako waleczną ciocię, w proces ewakuacji wielkich gadów z wyspy oraz przekonują ją do tego, aby zmobilizowała do pomocy Owena, tresera raportów, z którym kiedyś łączyło ją coś więcej. Intencje właścicieli wyspy wcale nie są jednak tak czyste, jak początkowo się wydają. Claire i Owen przy wsparciu przyjaciół spróbują uratować dinozaury, w tym raptora Blue, wychowankę Owena.

Każdy zna wymagania jakie muszą spełniać hollywoodzkie sequele. Fabuła musi być jeszcze bardziej napakowana akcją, a efekty specjalnie jeszcze bardziej widowiskowe. Niestety zasada ta nie dotyczy jakości scenariusza. Dlatego dostajemy jedynie efekciarską papkę z dinozaurami biegającymi po domu. Oczywiście mamy tutaj nowy, opracowany w laboratorium morderczy gatunek, bo rzeczywiście istniejące dinozaury nie są wystarczająco krwiożercze. A wszystkie intelektualnie i naukowe wątki znane z poprzednich części, które dawały rozrywce dodatkowej  głębi, prowokowały chęć do zagłębienia w temat i dostarczały powodów do refleksji, tutaj są tylko niewyraźnie zasygnalizowanymi elementami, które widzów nie są w stanie zainteresować, a bohaterowie filmu nie mają na to czasu, bo głównie zajmują się tym, czym postaci w filmach akcji. A wątki takie jak klonowanie ludzi, które wymagają filozoficznego opracowania, tak jak szybko są wprowadzane, tak prędko zostają ucięte. Nie ma tutaj też żadnej imponującej gry aktorskiej. Obsada znana z poprzedniej części, o ile tam dobrze bawiła się swoimi rolami, tak tutaj pozbawiona charyzmy, budzi jedynie zmęczenie z oglądania ich twarzy. A nowi bohaterowie to wyjątkowo irytujące postaci, które chętnie rzuciłoby się na pożarcie wygłodniałym dinozaurom. A wszyscy bohaterowie wymieniają tak okropne kwestie, że wściekłe ryki wielkich gadów wydają się znacznie bardziej mądrymi dialogami.

Jurassic World: Upadłe królestwo to zły film, w którym postawiono jedynie na tanie efekciarstwo. A widzom może być jedynie przykro, że twórcy mają ich za tak niewymagających odbiorców, i w tak marny sposób kontynuują tę fascynującą serię.


Daniel Mierzwa

czwartek, 31 maja 2018

Han Solo: Gwiezdne wojny - historie (2018)
Reżyseria: Ron Howard
Gatunek: Przygodowy , Sci-Fi
Premiera w Polsce: 25 maja 2018

Przygód z akcją dawno, dawno temu w odległej galaktyce ciąg dalszy. Tym razem głównym bohaterem została kultowa postać, której nazwisko stało się tytułem całego filmu – Han Solo:  Gwiezdne wojny – historie.

Przygody młodego pilota Sokoła Millenium już na samym początku mają tempo, klimat filmu sensacyjnego i zakochanych niedoświadczonych bohaterów. Han Solo pracujący jako jeden z wielu dla przestępczej organizacji próbuje uciec z okrutnej planety wraz ze swoją ukochaną Qi’rą. Szalony plan się nie udaje, a Han trafia do wojskowej akademii, na front i do klatki Chewbacki, gdzie w niezbyt przyjemnych okolicznościach poznaje swojego nieodłącznego towarzysza. A później z nowymi towarzyszami, bo choć Solo, rzadko kiedy na ekranie jest sam, zajmuje się zadaniami, jakich mało kto by się podjął. 
Przygody kultowej postaci nie miały szczęścia podczas produkcji. Wycofali się reżyserzy, a za kamerą ostateczni stanął hollywoodzki wyjadacz Ron Howard, różnie mówiło się też o talencie odgrywającego tytułową rolę Aldena Ehrenreicha (ostatecznie nie wypada on na ekranie źle, ale też zadbał o to, żeby dla każdego Han Solo na zawsze kojarzył się tylko z Harrisonem Fordem). A oscarowy reżyser dba o to, żeby Han Solo:  Gwiezdne wojny – historie był filmem przygodowym przyrządzonym ze składników, z których ten gatunek słynie, ale oprócz doprawienia sosem z uniwersum Star Wars, sporo dodaje tonacji szarych miast, tylko czekających na wybuch rewolucji oraz całą galerię intrygujących postaci, z których większość otrzymała, niestety zbyt mało ekranowego czasu.
Han Solo:  Gwiezdne wojny – historie to kolejny film, który udowadnia, że świat Gwiezdnych wojen to cała galaktyka ciekawych postaci, porywających wątków i interesujących planet oraz to, że przy takiej ilości kolejnych sequeli, prequeli i innych pobocznych projektów, każdy można zrobić z szacunkiem dla fanów.


Daniel Mierzwa


sobota, 26 maja 2018


Deadpool 2 (2018)
Reżyseria: David Leitch
Gatunek: Komedia, Akcja, Sci-Fi
Premiera w Polsce: 18 maja 2018

Deadpool dwa lata temu rozbił bank sarkazmem i ogromną dawką czarnego humoru. Jego wielki powrót oznaczał niemniejsze nadzieje na kolejny seans pełen niepohamowanych zachowań i przekleństw. Teraz twórcy z odpowiem szacunkiem potęgują atrakcje na ekranie, oferując wartą akcję okraszoną niezliczonymi nawiązaniami.


Druga cześć przygód Deadpoola ze zdwojoną siłą powtarza wszelkie poprzednio zastosowane zabiegi. Kolejny raz twórcy oferują portret antybohatera, który tym razem musi zaangażować się uratowanie młodego mutanta Russella. Utrudnia mu to jednak przybysz z przyszłości niejaki Cable, który zrobi wszystko żeby pozbyć się chłopaka. Deadpool musi zebrać drużynę podobnych sobie, by rozprawić się z oprawcą i odmienić swoje bohaterskie oblicze.

Największą zaletą pierwszej części był zdecydowanie humor. Podobnie jest i tym razem, a twórcy nie obawiali się żartować nawet z poważnych tematów. Pełne dystansu sceny i gagi miażdżą wręcz elementy popkultury. Jednak w sposób wyważony Deadpool żartuje zarówno z konkurencyjnej wytwórni DC - wplatając co rusz motywy mrocznej natury bohaterów, jak i rzuca odrobina błota również w kierunku Marvela. Mocno obrywa Cable a wraz z nim odtwórca jego roli Josh Brolin, którego poprzednio oglądaliśmy w roli Thanosa w Avengers: Wojna bez granic co również nie uszło uwadze naszego bohatera. Nie zapomina on również o swoim ulubieńcu Wolverinie pokazując się z nim nawet w kilku ujęciach.

Świeżości całości produkcji nadaje również muzyka. Świetnie współgra z pędzącą na przód akcją, by za chwile w rytm utworu Celine Dion zauroczyć znakomitą czołówką i kolejnym bezwstydnym nawiązaniem.

Niezaprzeczalnie bardzo dobrze prezentuje się na ekranie obsada. Klasę kolejny raz pokazuje Ryan Reynolds, który wraz z Joshem Brolinem tworzą świetny ekranowy duet. W tym momencie nie można również zapominać o Domino (Zazie Beetz), która razem z Deadpoolem tworzy X-force – zgraną ekipę do zadań specjalnych.

Deadpool 2 to naładowany humorem sequel, który dorównuje swojemu poprzednikowi, a momentami rozmachem i wulgarnością bije go prosto w zamaskowaną  twarz. Pozycja, która pomimo że pełna chaosu, jest gwarancją bezczelnej rozrywki.


Patrycja Strempel

środa, 2 maja 2018


Avengers: Wojna bez granic (2018)

Reżyseria: Anthony Russo, Joe Russo
Gatunek: Akcja, Sci-Fi
Premiera w Polsce: 26 kwietnia 2018

Filmy Marvela od lat pokazują klasę. Pomimo nielicznych wpadek charakteryzują się perfekcyjnym prowadzeniem fabuły, wyważeniem akcji i poczuciem humoru na poziomie. Nie inaczej jest w przypadku nowej produkcji z cyklu Avengers, która stanowiła nie lada wyzwanie. Trzecia już odsłona bohaterskiego widowiska nie umniejsza pozostałym, a wręcz osiąga apogeum możliwości, brawurowo łącząc losy niemalże wszystkich postaci, które oglądaliśmy w pozostałych osiemnastu propozycjach.


Wojna bez granic stanowi świetne zwieńczenie i dopowiedzenie do pozostałych marvelowskich produkcji. Fabuła skupia się przede wszystkim wokół Kamieni Nieskończoności i Thanosa – wątków nieśmiało budowanych od samego początku. Antagonista naszych bohaterów poszukuje tych tajemniczych artefaktów, by wdrożyć w życie swój plan zniszczenia połowy Wszechświata. Dwa z sześciu kamieni kryte są na Ziemi – jeden w naszyjniku Doktora Strange’a, a kolejny jest częścią Visiona. Już od pierwszych scen widoczny jest rozmach całości produkcji, a kolejni wprowadzani bohaterowie nie wprowadzają chaosu, a jedynie kontynuują lub domykają wcześniej rozpoczęte wątki, by w odpowiednim momencie okazać się integralną częścią fabuły Wojny bez granic.

Twórcy w kolejnych scenach ocierają się niemal o perfekcję lawirując pomiędzy lekko irytującym już, jednak z klasą Tonym Starkiem podejmującym współpracę z Doktorem Strangem, Thorem spotykającym Strażników Galaktyki, czy Czarną Panterą, Hulkiem i masą innych dobrze skrojonych postaci. Pomimo natłoku bohaterów, narzekać możemy jedynie na zbyt małe poświęcenie czasu dla niektórych z nich, a nie na scenariuszowe opieszalstwo. Odpowiednio wyeksponowano również postać Thanosa, który dobrze reprezentuje cechy złego charakteru, a wszelkie wątki z nim związane, idealnie komponują się z odrębnymi bohaterskimi historiami.

Na pochwałę zasługują również efekty. Wiele w nich świeżości, a coraz to nowsze lokalizacje dobrze komponują się z licznymi wątkami. Świetnie widoczne są miliony zainwestowanych w powodzenie produkcji monet, którą można bez precedensu zaliczyć do udanych, bo z wyczuciem wyważoną. Niedosyt można jedynie poczuć w kwestii muzyki, która w porównaniu do tej z przygód Thora, czy Strażników Galaktyki wypada przeciętnie.

Avengers: Wojna bez granic to zdecydowanie pełne efekciarstwa widowisko będące świetną zapowiedzią nadchodzących premier. Pozornie oklepane postaci i żarty okraszone są niezawodną bohaterską świeżością, znaną jedynie Marvelowi.


Patrycja Strempel

piątek, 13 kwietnia 2018


Anihilacja (2018)
Reżyseria: Alex Garland
Gatunek: Thriller, Akcja, Sci-Fi
Premiera: 22 lutego 2018

Alex Garland pomimo niewielkiego reżyserskiego dorobku z dobrej strony pokazuje się w filmowym świecie. Po zdecydowanie dobrze przyjętym filmie Ex Machina i pokazie sztucznej inteligencji, kolejny raz zabiera widzów w niezwykły świat sci-fi, który odświeża, a nie jedynie powiela dawno oglądane wątki. Tym razem adaptując powieść autorstwa Jeffa VanderMeera Unicestwienie wraz z platformą Netflix oferują oryginalne kino gatunkowe z nutą doskonałości.


Anihilacja to głównie historia Leny, którą poznajemy już w pierwszych scenach. Przesłuchiwana przez grono groźnie wyglądających osób, stara się sobie przypomnieć, co wydarzyło się w ostatnich tygodniach. Z czasem odkrywamy, że jest ona biolożką zajmującą się genetyką, która kiedyś służyła w wojsku. Jej mąż zaginął w niewyjaśnionych okolicznościach, a ona chcąc rozwiązać tę zagadkę sama zostaje w nią uwikłana. Trafia do tajnego ośrodka na granicy Strefy X – skażonego i niedostępnego terytorium na wybrzeżu Ameryki, zupełnie odciętego od świata. Okazuje się, że to stamtąd nie wrócił mąż bohaterki, a ona w ferworze walki postanawia wraz z innymi ochotniczkami przemierzyć tę nieodkryta Strefę. Rozpoczyna się intrygująca walka o życie, pełna bajkowych kolorów i śmiertelnych niebezpieczeństw.

Film ten to świetna mieszanka trzymającego w napięciu thrillera z filozoficznymi uniesieniami. Pomimo powolnego początku reżyser dobrze radzi sobie z budowaniem napięcia. Wprowadzając widza w ten z pozoru piękny świat intryguje i namawia do chwil zastanowienia. Niestety sporo tutaj również niedoróbek zarówno tych fabularnych, jak i przesadzonych wizualnych kreacji.

Na ekranie zadowalająco wypada żeńska część obsady. Głównie duża w tym zasługa Natalie Portman, dla której większość osób zapewne obejrzy ten film, a aktorka świetnie odnajduje się w tym niezwykłym świecie stworzonym na ekranie przez Garlanda.

Anihilacja to dobrze prezentujące się kino, które z szacunkiem do widza zabiera go w niezwykle Iskrzący świat. Imponująco prezentujący się film z niebanalną tajemnicą.


Patrycja Strempel



niedziela, 8 kwietnia 2018


Pacific Rim: Rebelia (2018)

Reżyseria: Steven S. DeKnight
Gatunek: Akcja, Sci-Fi
Premiera w Polsce: 23 marca 2018

Parę lat temu w kinie uświadczyliśmy zadziwiającego zjawiska. Guillermo del Toro słynący z wybitnego kina niszowego wstąpił do Hollywood, by zaangażować się w blockbuster. Wbrew pozorom reżyser poradził sobie zadowalająco, a poprzednie Pacific Rim cieszyło oczy swoją widowiskowością i efekciarstwem. Niestety dobra passa w tym momencie się skończyła, wraz z odejściem twórcy Labiryntu Fauna odeszła całość dobrego kina, obecnie ograniczonego jedynie do niepotrzebnego patetyzmu i ratowania akcji wybuchami.


Już pierwsze sceny ukazują bezsensowne powroty i wspomnienia dużo lepszej przeszłości. Potencjalnie zakończona walka z gigantycznymi stworami z kosmosu Kaiju ponownie wraca na tapetę, a amerykańska armia musi odkurzać swoje ogromne roboty Jaegery, by ratować świat przed zagładą. Tym razem rola wybawcy świata powierzona została Jake’owi – synowi znanego z poprzedniej części Stackera. Bohater będzie musiał zmierzyć się z niesłabnącą legendą ojca i swoją buntownicza naturą, by szkolić młodych pilotów robotów walczących o spokój. Jedną z tych osób jest wcześniej poznana przez Jake’a młoda dziewczyna, z którą wspólnie trafił za kratki za kradzież części starych Jaegerów. Amara okazuje się uzdolnioną twórczynią mini robota, która podobnie jak inny po latach spokoju zostaną wystawieni na próbę.

Rebelia to przykład niepotrzebnego sequela, który pozbawiony jest emocji i oparty na dawno odkrytych schematach. Nie powalają również efekty specjalne nie wnoszące nic poza kilkoma zawalonymi budynkami i odgrzanymi wizerunkami robotów z poprzedniej części. Reżyser na siłę stara się maksymalnie zbliżyć do pierwowzoru, jednak nieumiejętnie prowadzi strzępy nijakich scen. Klasy nie dodają również bohaterowie, biegający w popłochu w gigantycznych robotach, niby w panice, niby ratując świat, sami wprowadzają jeszcze większy chaos i przysparzając momentów rozczarowania.

Pacific Rim: Rebelia, podobnie jak kilka ostatnich odsłon serii  Transformers, to zdecydowanie film, który nie powinien powstać. Nie oferuje nic nowego, pozostając jedynie powtarzalnym kinem rozrywkowym bez polotu i minimum humoru.


Patrycja Strempel


sobota, 7 kwietnia 2018


Player One (2018)
Reżyseria: Steven Spielberg
Gatunek: Przygodowy, Akcja, Sci-Fi
Premiera w Polsce: 6 kwietnia 2018

Steven Spielberg to reżyser znany chyba każdemu bo od lat tworzy filmy, które wchodzą do kanonu popkultury. W końcu to bohaterami jego filmów byli E.T. czy Indiana Jones. Dlatego wielu z wypiekami na twarzy czekało na jego ekranizacje napakowanej odniesieniami do kultury masowej, niczym keks bakaliami, powieści Player One Ernesta Cline. Z jak efektem możemy zobaczyć w kinie.


Wade Watts mieszka z ciotką i jej nieudolnym partnerem w slamsach przypominających piętrowe złomowisko w amerykańskim Columbus. Jego życie to jednak nie problemy biedoty, a wirtualna rzeczywistość zwana OASIS. Tam każdy mogę być kim tylko chce, kryjąc się pod wybranym awatarem i robić tam, co zechce. W świat wirtualnej zabawy wkrada się jednak poważna rywalizacja, gdy twórca OASIS umiera i pozostawia do odnalezienia trzy klucze. Ten, kto je odnajdzie zostanie właścicielem całego wirtualnego świata OASIS. Wade, pod postacią swojego awatara- Perzivala, wraz z grupa dawnych, jak i nowych przyjaciół z wirtualnej rzeczywistości musi zacząć walczyć nie tylko o swój sukces, ale tez o wolność innych graczy i właśnie życie.

Steven Spielberg raczył nas ostatnio politycznie zabarwionymi i pełnymi patosu dramatami, które jednak nie były dziełami na poziomie, którego moglibyśmy się po nim spodziewać. Tym razem sięga pod dzieło rozrywkowe, pełne akcji, o dość przewidywalnym zakończeniu i morale, ale nie pozwala, aby ani na moment Player One stał się tylko i wyłącznie przygodową papką. Dba o psychologię postaci, wiarygodność przedstawionego świata i nie traci poczucia humoru. Dzięki temu dostajemy kino, które chce się oglądać. I to nie tylko, aby wyłapywać nawiązania do popkultury i to nie tylko do jej najoczywistszych symboli. Bo sporo tutaj gier na Atari, liczna jest reprezentacja postaci z anime, a rozkoszą dla każdego kinomana będzie tez nawiązanie do kultowego Lśnienia Stanley Kubricka.

Player One to imponujące  dziecko fascynacji popkulturą człowieka, który sam bez wątpienia jest jej ikoną.


Daniel Mierzwa

niedziela, 25 lutego 2018

Czarna Pantera (2018)
Reżyseria: Ryan Coogler
Gatunek: Akcja, Sci-Fi
Premiera w Polsce: 14 lutego 2018

Po krótkiej przerwie Marvel znowu zaprasza do kina. Tym razem z nowym bohaterem i w odrobinę innym stylu przy współpracy z Ryanem Cooglerem - reżyserem wprawdzie z niewielkim stażem, oferują widowisko bardziej stonowane, jednak takie, które warto zobaczyć.


Tym razem bohaterem, którego historię oglądamy na ekranie jest T'Challa – król małego afrykańskiego państwa Wakanda, które za sprawą ogromnych zasobów cennego kruszcu wydaje się być technologiczną potęgą. Jednak ukryci w gęstej dżungli mieszkańcy, nie ujawniają się przed obywatelami świata. Żyją w spokoju korzystając z nieskończonych zasobów wyjątkowego vibranium. Do czasu gdy T'Challa jako Czarna Pantera będzie musiał zmierzyć się ze swoim przeciwnikiem, a zarazem pretendentem do tronu i walczyć o  pozycję w oczach poddanych. Rozgrywająca się w dwóch, zdecydowanie rożnych od siebie światach historia to pojedynek siły, jakich w Marvelowkim świecie było wiele, jednak żaden nie prezentował aż tak mocnych politycznych kwestii.

Film ten przede wszystkim świetnie łączy wszelkie nawiązania do bogatej afrykańskiej kultury z afroamerykańskimi elementami, by jeszcze mocniej podkreślać swoje polityczne przesłanki. Stosunkowo dobrze prezentują się również efekty specjalne, które nie są nadmiernie przesadzone, a wręcz naturalnie współgrają z odciętą od zewnętrznego świata,  technologicznie rozwiniętą Wakandą, oczywiście nie w każdym momencie. Wszelkie sceny walki zrealizowano z wymagam efekciarstwem, jednak zdecydowanie mniej nachalnie niż w poprzednich podobnych filmach Marvela.

Produkcja zadowala również aktorsko. Oferuje minimalny powiew świeżości, której tak brakowało po odświeżanych ciągle przygodach Iron-Mana, czy innych Avengerów. Czarna Pantera może na równi z innymi bohaterami zabiegać o uwagę widza, podobnie jak towarzysząca mu ekipa na ekranie, a przede wszystkim mocne kobiece postaci, które zdecydowanie ocierają się o feminizm.

Czarna Pantera to film pełen tradycji i rozmachu. Pomimo, że niepozbawiony scenariuszowych wad, prezentuje iście superbohaterski poziom. Pozostaje jedynie czekać, aż T'Challa będzie musiał ustąpić z tronu kolejnemu pretendentowi Marvela.



Patrycja Strempel