piątek, 26 maja 2017

Song to Song (2017)
Reżyseria: Terrence Malick
Gatunek: Dramat, Muzyczny
Premiera w Polsce: 19 maja 2017

Terrence Malick, jeden z najbardziej cenionych twórców amerykańskiego kina arthouse’owego, zdobywca Złotej Palmy i Złotego Niedźwiedzia, po dłuższej nieobecności powraca na ekrany polskich kin. Tym razem z filmem, który nie miał wcześniej premiery na żadnym z wielkich filmowych festiwali – Song to song.


Film jest opowieścią o skomplikowanych miłosnych relacjach czwórki bohaterów. Jak pierwszą poznajemy Faye, młodą dziewczynę tkwiącą w opartym głównie na erotycznym przyciąganiu związku z Cookiem, znanym producentem muzycznym, który jest również jednym z najważniejszym bohaterem tego obrazu. Wkrótce jednak w jej życiu pojawia się BV, marzący o wielkiej karierze muzyk. Trójka bohaterów krąży między sobą w miłosnych (damsko-męskich) i przyjacielskich (męsko-męskich) relacjach, aż do czasu, gdy w życiu Cooka pojawia się Rhonda, kelnerka z niezbyt ekskluzywnego baru. Po początkowej fazie stabilizacji w ich życiach, wszystko jednak zaczyna się rozpadać, a bohaterowie poszukują spełnienia w innych relacjach.

Song to song stara się prześwietlić trudne związki ludzi, którzy nie zawsze do nich dojrzeli. I mimo, że kieruje nim koncept, który w psychologicznym dramacie mógłby się spełnić znakomicie. Bo sceny z życia bohaterów przeplatane są wycinkami z muzycznego, kultowego dla fanów muzyki alternatywnej, festiwalu SWSX w teksańskim Austin. Nie nadaje to filmowi jednak żadnej lekkości, a wręcz przeciwnie, zaburza odczytywanie skomplikowanych relacji, które przedstawione są tutaj z typowym dla Malicka dystansem, więcej jest pełnych głębi spojrzeń, drobnych, ale czułych gestów, niż deklaracji  czy miłosnych wynurzeń.  Unika melodramatycznej konwencji, ale jednocześnie nie pozwala się skupić na uczuciach bohaterów. A te mogły być koncertowo (a w tym filmie określenie to byłoby idealne) zagrane, w końcu w obsadzie w rolach głównych mamy Rooney Marę, która okazuje się mistrzynią opartej na niuansach, emocjonalnej gry, i jest to rola pod tym względem bliska jej znakomitemu występowi w Carol Todda Haynesa, Michaela Fassbendera, który jak nigdy nie zawodzi, Natalie Portman, która nie pokazuje pełni swoich aktorskich  możliwości, ale też na ekranie nie drażni, i Ryana Goslinga, który grając BV odgrywa artystowską wersję swojej roli z La La Land. Równie imponujący jest drugi plan. Mamy tutaj zdobywczynie Oscar – zachwycającą jak zwykle Cate Blanchett i zmysłową Holly Hunter oraz była dziewczynę Bonda - Berenice Marlohe oraz Vala Kilmera. Wrażenie robią też gwiazdy muzyki w licznych epizodach. Jest tutaj Iggy Pop, świetna Patti Smith, czy Lykke Li, a w tle możemy dostrzec też Florence Welch czy członków Red Hot Chilli Peppers.


A wszyscy oni pojawiają się w kadrach znakomitego Emmanuela Lubezkiego, który pokazuje, że jak nikt inny rozumie konwencje filmów, przy których pracuje i każda wizja reżysera z nim może zostać zrealizowana w mistrzowski sposób.

Song to song to film, z którym warto się zapoznać, jednak niestety bardziej jako z ciekawostką spod ręki znanego reżysera niż z wielkim kinem. Bo intrygująca jest jego forma (choć niektórym może przypominać naszpikowaną gwiazdami, oświetloną słońcem amerykańskiego południa wersję Wszystkich nieprzespanych nocy), świetny jest soundtrack (zapewniający playlistę do słuchania przez kilka długich godzin i zawiera dwie polskie pozycje, z których jedna w filmie mocno zaskakuje).

Podsumowując Song to song to film, który nie rozczaruje fanów Terrence’a Malicka, dla całej reszty może być nieco męczącym filmowym wyzwaniem. Ale zawsze można zamknąć oczy i posłuchać świetnej muzyki, która pobrzmiewa w tle.




Za możliwość odkrywania magii piosenek dziękujemy kinu Cinema City Punkt 44 w Katowicach


#Amanda&Hubert


środa, 24 maja 2017

Szybcy i wściekli 8 (2017)
Reżyseria: F. Gary Gray
Gatunek: Akcja
Premiera w Polsce: 21 kwietnia 2017

Serię Szybcy i Wściekli kojarzy zapewne każdy. Czy to za sprawą emocjonującej akcji, bohaterów lub tego, że od lat jest nieprzerwanie odświeżana na wielkim ekranie.  Nowe postaci, serie wybuchów, twórcy robią wszystko, żeby utrzymać wysoki poziom emocji i oraz przyciągnąć nowych widzów przed ekran. Kreują coraz to nowsze historie, których podstawą już nie jest tylko świat samochodów, ale bardziej zbrodni, intrygi i zemsty.


Szybcy i Wściekli 8 to bezpośrednia kontynuacja wydarzeń „siódemki”. Gdy Dom (Vin Diesel) i Letty (Michelle Rodriguez) przebywają na upojnym miesiącu miodowym na Kubie, pojawia się tajemnica kobieta Cipher (Charlize Theron), która w planach ma zakłócić ich spokój. Angażuje mężczyznę w niebezpieczny świat, z którego nie ma ucieczki bez wykonania zadania. Zdrada rodziny jest unikniona, jednak w obliczu tragedii, przyjaciele postanawiają uczynić wszystko, by ocalić człowieka, który ich zjednoczył.

Twórcy serii pomimo ciągłych reżyserskich zmian próbują utrzymać równym poziom. Luksusowe samochody i garść dzikiego humoru są obecna w prawie każdej scenie. Jednak w pozostałych, górują egzystencjonalne mądrości głównie wypowiadane przez wszechmocną hakerkę Cipher, które nijak nie pasują do serii. Jej tragiczna fryzura i bezwzględny charakter to nie jedyne rzeczy, które irytują podczas seansu. Wszechobecne efekty może wyglądają spektakularnie, jednak w kolejnych scenach wybuchy nudzą, a przepych nie podnosi jakości.

Kolejna część z serii Szybcy i Wściekli to pozycja pełna absurdów i „groźnych” min w wykonaniu Vin Diesela. Fabularny niedosyt i efekciarskie przerysowanie. Film dla mas, które nie oszczędzą złotówek i dolarów, by móc oglądać to „rodzinne”, nierealne widowisko.




#Amanda&hHubert


czwartek, 18 maja 2017

The Circle. Krąg (2017)
Reżyseria: James Ponsoldt
Gatunek: Thriller, Sci-Fi
Premiera w Polsce: 19 maja 2017

Współczesne kino pełne jest wizjonerów i technologicznych nowinek. Kolejne filmy biograficzne, czy dokumentalne dostarczają widzom nico prawdy o sposobnie funkcjonowania wirtualnej rzeczywistości. W ogromie kolejnych bohaterów-prekursorów nowoczesnych technologii spotykamy się również z postaciami, które pomimo braku bezpośredniego odpowiednika w rzeczywistości, świetnie potrafią pokazać do jakich zachowań dąży nasz świat.  


The Circle. Krąg prezentuje historię ambitnej Maei (Emma Watson), która dostaje pracę w prestiżowej firmie informatycznej. Swoja karierę rozpoczyna od kontaktu z klientami, by później w splocie wydarzeń zostać jedną z wierniejszych fanek założyciela Baileya (Tom Hanks). Bohaterka od początku zafascynowana jest technologią i funkcjonowaniem Kręgu, początkowo zamknięta i nieśmiała staje się głosem tłumu, ewoluuje, podobnie jak korporacja, ujawnia zbyt wiele sekretów. Gdy dochodzi do prawdy, na powrót do normalnego życia jest już za późno.

Film zapowiada się obiecująco, aktualny temat inwigilacji i sławna obsada. Jednak czar minimalnie pryska, przy kolejnych scenach, gdy poznajemy główną bohaterkę. Jej życie nie jest idealne, podobnie jak sama kreacja postaci. Wiele w niej niedomówień i ukrytych informacji. Podobnie z pozostałymi postaciami, które chaotycznie pojawiają się i znikają, nie budują napięcia, jedynie wypowiadają słowa na ekranie. Tom Hanks w roli czarnego charakteru zawodzi. Pomimo, że nie brak mu charyzmy, w kilku przemówieniach, kojarzonych z innymi wizjonerami, jego pozostałe zachowania są flegmatyczne, a sama postać przewidywalna.


The Circle. Krąg to film, który jako kolejny świetnie ukazuje, jak prywatność zanika, a konsumenci lubią zanurzać się w wirtualny świat. Poza wieloma niespójnościami i siłowaniem się z bohaterami książki, pozycja ta wypada dobrze – szczególnie w swojej prostocie i przewidywalności.




#Amanda&Hubert 

środa, 17 maja 2017

Jutro będziemy szczęśliwi (2016)
Reżyseria: Hugo Gélin
Gatunek: Dramat, Komedia
Premiera w Polsce: 19 maja 2017

Omar Sy – gwiazda filmu Nietykalni ponownie gości na wielkim ekranie. Po dobrych występach u boku François Cluzeta, czy Charlotte Gainsbourg, aktor kolejny raz daje popis swoich umiejętności oraz puszcza wodze emocji.


Jutro będziemy szczęśliwi to historia beztroskiego Samuela, którego życie na Riwierze Francuskiej sprowadza się do kolejnych imprez i podrywania kobiet. Jego spokój zostaje jednak zaburzony, gdy niespodziewanie jedna z byłych kobiet - Kristin zostawia mu ich córkę, po czym znika. Targany emocjami bohater podąża w podróż za matką do Londynu, by odnaleźć ją i zwrócić małą Glorię. Nieudana próba kończy się ojcostwem na pełen etat oraz rozpoczęciem niekonwencjonalnego życia, pełnego niespodzianek. Jedną z nich jest Kristin, która niespodziewanie pojawia się po 8 latach z planem odzyskania dziecka.

Twórcy od pierwszych minut próbują targać emocjami widza. Od niekontrolowanego uśmiechu, po wzruszenia i płacz, czy żenadę. Ta ostatnia niestety pojawia się najczęściej, gdyż poza ckliwą historią, otrzymujemy również sceny rodem z przeciętnego dramatu, okraszonego jedynie miłością rodzinną.

Film ten jest świetnym przykładem ciepłej historii o miłości, rodzinie i towarzyszącym im komplikacjom. Dla wielu będzie to znakomity wyciskacz łez, dla innych pozostanie kolejnym filmem, który nie zawróci w głowie. Widz otrzymuje po prostu fabułę i dobrą grę aktorską, a wszystko to w obliczu wielu uprzedzeń i schematów.

Jutro będziemy szczęśliwi to zdecydowanie znośny, sentymentalny komedio-dramat, który wprawdzie w każdej scenie próbuje pokazywać pozytywne wartości, ale po co?!




#Amanda&Hubert

wtorek, 16 maja 2017

Obcy: Przymierze (2017)
Reżyseria: Ridley Scott
Gatunek: Thriller, Sci-Fi
Premiera w Polsce: 12 maja 2017

Ridley Scott przyzwyczaił widzów do wielkich produkcji. Wizualnie dopracowanych szczegółów, czy fabularnego kunsztu. Jego najnowszy film Obcy: Przymierze, będący sequelem Prometeusza  i zarazem prequelem Ósmego pasażera Nostromo, spełnia jednak jedynie w małym stopniu ten pierwszy czynnik.


Obcy: Przymierze to film, o którym chce się szybko zapomnieć. Pomimo sympatii do innych filmów reżysera i kultowego Obcego... całość produkcji pozostawia wiele do życzenia. W filmie widz ma okazję śledzić losy załogi tytułowego statku Przymierze. Trafiają oni na nieznaną planetę, które potencjalnie może stać się ich nowym domem. Jednak w następstwie kolejnych, przewidywalnych wydarzeń, bohaterowie rozpoczynają walkę o własne życie.

Największy wpływ na fabułę i grupę ma android David (Michael Fassbender) oraz charyzmatyczna Daniels, w której rolę wcieliła się Katherine Waterston, ostatnio kojarzona z filmu Fantastyczne zwierzęta, i to ta para bohaterów kreuje cały film. Pozostali, wprawdzie umiejętnie, jednak nadal odgrywają jedynie płytkie dialogi i role przesadnie nawiązujące do współczesnej rzeczywistości.


Mocnym punktem Obcego... jest jedynie sam obcy. Wypada wyjątkowo realistycznie, a liczne zbliżenia jeszcze mocniej podkreślają jego bezwzględny wobec człowieka charakter. Twórcy nie zapomnieli o dużej dawce brutalności, która na każdym kroku towarzyszy bohaterom.

Obcy: Przymierze nie powala, jednak nie trzeba było spodziewać się fajerwerków, szczególnie po wcześniejszym seansie Prometeusza. Wiele wątków jest nieumiejętnie rozwiniętych, inne pozostały całkiem pominięte. Logika bohaterów bawi i wieje nudą, a dawny charakter Obcego, gdzieś się zgubił.





#Amanda&Hubert

poniedziałek, 15 maja 2017

Dalida. Skazana na miłość (2016)
Reżyseria: Lisa Azuelos
Gatunek: Biograficzny, Dramat, Muzyczny
Premiera w Polsce: 31 marca 2017

Pełna gracji i niepojętego wdzięku. Miss Egiptu, porównywana do Kleopatry, artystka i zdobywczyni 70 złotych płyt – Dalida. Życiorys Iolandy Cristiny Gigliotti jest tak wyjątkowym, że aż prosił się na przedstawienie na wielkim ekranie. Dlatego najnowszy film w reżyserii Lisy Azuelos nie mógł pozostać nam obojętnym.


Film Dalida. Skazana na miłość to burzliwa historia tytułowej bohaterki. Ukazująca ją od najmłodszych lat, gdy jeszcze mieszkając z rodziną przechodziła pierwsze tragedie. Kolejne zachwycające utwory, momenty szczęścia, miłości oraz sporo dramatów. Życie Dalidy pełne było romansów, nieszczęśliwie kończących się miłości, jednak całość jej historii została przedstawiona w klarownej postaci.

Głównym punktem filmu są piosenki Dalidy. Wraz z nimi widz odbywa podróż przez życie artystki, zagłębia się w nie i doświadcza niespodziewanych emocji. Każdy z fragmentów mimo, że mogą wydawać się chaotyczne, razem tworzą spójną całość, co gwarantuje seans, pod wieloma względami idealny.

Na dobre zdanie zasługuje również Sveva Alviti w roli tytułowej Dalidy. Jest pełna wymaganej gracji i uwodzi swoją zmysłowością. Podobnie prezentują się pozostali aktorzy, którzy idealnie dopełniają ten szalony świat pełen artyzmu.

Dalida. Skazana na miłość to przede wszystkim smutna historia. Jednak nie pozbawiona fascynacji i prawdy. Momentami pełna wrażliwości, prowadząca do destrukcji, dokładnie taka, jak Iolanda Gigliotti.




#Amanda&Hubert

piątek, 12 maja 2017

Martwe wody (2016)
Reżyseria: Bruno Dumont
Gatunek: Komedia
Premiera w Polsce: 12 maja 2017


Bruno Dumont słynął jako twórca posępnych i przygnębiających psychologicznych dramatów, podczas których mniej wytrawny widz zasypia średnio po dziesięciu minutach seansu. Dlatego premiera wyreżyserowanego przez niego zabawnego serialu kryminalnego Mały Quinquin zaskoczyła wszystkich, ale udowodniła też, że to reżyser mający świetne poczucie humoru i potrafiący oprócz zasmucania widza wywołać na twarzy uśmiech, czy nawet doprowadzić do chichotu, bez obrażania niczyjej inteligencji czy smaku. I w takim tonie jest też mająca premierę w naszych kinach kryminalna komedia Martwe wody, która pokazywana była na zeszłorocznym festiwalu w Cannes.


Film skupia się na pochodzącej z północnej Francji rodzinie van Peteghemów. Do rezydencji małżeństwa Andre i Isabelle van Pethegemów przyjeżdża ich bliska krewna – Aude, kobieta egzaltowana, pełna ekspresji i raczej trudna we współżyciu. A wszystko to dzieje się w czasie gdy w miejscowości bez śladu znikają ludzie, w co być może zamieszany jest Ma Loute, syn zbieraczy omułków, który z wzajemnością zakochuje się w Billie, dziecku Aude o dosyć nieokreślonej tożsamości. Śledztwo w sprawie tajemniczych zaginięć prowadzi para charakterystycznych policjantów, których metody śledcze raczej niezbyt pomagają w rozwikłaniu zagadki.

Martwe wody to film, który promowany jest jako komedia i to prawda, że podczas seansu uśmiech właściwie nie znika z twarzy, a momentami zabawa jest przednia. Mimo nawet tego, że spora część żartów bliska jest slapstickowi to nawet one świetnie pasują do przerysowanej konwencji filmu.
Najważniejsza w filmie nie jest też kryminalna intryga. Sprawcę i przyczynę zniknięć bardzo szybko jesteśmy w stanie wyśledzić bez nadmiernego wysiłku, a śledztwo policji raczej bawi niż porywa. Bo nie to jest istotą fabuły tego filmu. Jest to tylko przebranie, w które przebrany jest filmowy esej o tym, że po mimo lat ewolucji i rozwoju współczesnego społeczeństwa, zasad i wartości, nadal istnieją pewne bariery, których nie można się pozbyć. Burżuazja jest przedstawiona  jako zamknięta, myśląca tylko o bogaceniu się i interesach grupa ludzi, którzy nawet małżeństwa zawierają tylko między sobą. Traktują innych z góry z lekkim pobłażaniem oraz są przesadnie egzaltowani. Natomiast biedacy, grani tutaj przez typowych dla Dumonta aktorów o twarzach niczym z kubistycznych obrazów, pokazani są jako dzikusi, którzy dosłownie żywią się krwią bogatszych od siebie, mają mnóstwo dzieci i nie zamierzają zrobić nic dla poprawy swojej egzystencji. Bez litości pokazano tutaj też policjantów. Przedstawiciele tej służby to tylko leniwi, niezbyt lotni ludzie, którzy nie potrafią rozwiązać żadnej sprawy, a jedynie robią zamieszanie.

Wyrazistość filmu zarówno jeżeli chodzi o konwencję, jak i jego prawdziwe znaczenie to spora zasługa fenomenalne obsady. Nie dość, że mamy tutaj prawdziwe gwiazdy europejskiego kina, to jeszcze każda z nich obsadzona została w świetnej roli, którą po mistrzowsku odgrywa. Genialny jest tutaj Fabrice Luchini jako Andre, świetna Juliette Binoche jako Aude. I Jeżeli chodzi o te dwie role nie ma co o nich pisać, to po prostu trzeba obejrzeć! Bo takiej mieszanki nadekspresji, przesady oraz dystansu do siebie i granej przez siebie postaci nie ogląda się zbyt często. Uwagę warto zwrócić też na Raph debiutującą w filmie, która gra Billie. Jest to świetna rola i być może jesteśmy świadkami narodzin nowej gwiazdy francuskiego kina. Jeżeli chodzi o resztę obsady nie ma w niej żadnego słabego ogniwa i każda rola jest odegrana po prostu bardzo dobrze.

Martwe wody to specyficzna filmowa mieszanka, która bawi i daje do myślenia, a przez dwie godziny seansu nie nudzi się ani przez chwilę, a pozwala cieszyć się kinową ucztą pełną smakowitych gagów. To autorskie kino, ale strawne dla każdego, bo zrealizowane w lekkiej i przyjemniej konwencji.






#Amanda&Hubert