środa, 22 marca 2017

Piękna i Bestia (2017)
Reżyseria: Bill Condon
Gatunek: Fantasy, Musical, Romans
Premiera w Polsce: 17 marca 2017


Piękna i Bestia to baśń, która na stałe weszła do kanonu popkultury i stała się inspiracją dla niezliczonych rzesz twórców z całego świata. Szczególnie historię pięknej Belli i zamienionego w potwora księcia upodobali sobie różnego pokroju filmowcy. Ostatnim owocem reżyserskich zmagań z tą opowieścią jest, tytuł nie jest żadnym zaskoczeniem, Piękna i Bestia Billa Condona. Ten amerykański reżyser to twórca zarówno filmów całkiem udanych, jak przebojowe Dreamgirls, jak i takich, których tytułów ceniący się kinomani  nie wymawiają na głos, jak Saga Zmierzch. Przed świtem cz. I i jej kontynuacja. Dlatego też jego nowy film mógł być zarówno baśniowym oczarowanie, jak i bolesnym i kosztownym rozczarowaniem z krainy filmowego kiczu.

Fabuła Pięknej i Bestii znana jest chyba każdemu. To historia młodej i pięknej Belli, która zostaje uwięziona w zamku, którego gospodarzem jest Bestia- książę, na którym ciąży klątwa, która zmieniła go w potwora, a jego służbę w domowe sprzęty. Jest tutaj oczywiście romantyczna relacja od nienawiści do miłości, odrobina napięcia, nieco poczucia humoru i sporo piosenek.

Jeżeli chodzi o fabułę, to ani Bill Condon, ani scenarzyści (a jednym z nich jest Stephen Chbosky, twórca kultowych dla niektórych młodych ludzi powieści i opartego na jej podstawie filmu Charlie) nie wprowadzają nic nowego, nie ma tu żadnych uwspółcześnień czy aluzji. Film cechuje absolutna wierność disnejowskiej animacji z 1991 roku pod tym samym tytułem.

Jak to baśnie w Pięknej i Bestii mamy morał. A właściwie mamy tych morałów kilka. Pierwszy z nich mimo, że najwyraźniejszy to nieco trąci anachronizmem. Bo z jednej strony mówi nam  o tym, że dziewczyna, a potem kobieta może być kim chce. Tak jak Bella, która jest oczytana, inteligentna i za nic ma zaloty przystojnego Gastona, i nie zmienia swoich przekonań mimo opinii większości mieszkańców jej miasteczka, którzy mają ją za dziwaczkę. Z drugiej pokazuje, że prawdziwe szczęście osiągnie i tak dopiero przy boku mężczyzny, a najlepiej u boku księcia wystrojona w piękne suknie.

Nieco lepiej wypada pokazany za pomocą zabawnych, choć stereotypowych wątków, morał, o tym, że każdy ma prawo żyć jak chce i być kim chce. Kolejny mówi o tym że prawdziwe piękno ukryte jest we wnętrzu człowieka i czasem należy dać komuś szansę, aby mógł nam je pokazać. Najlepiej wypada chyba morał pokazujący jak łatwo manipulować tłumem, jak szybko plotka może stać się obowiązującą prawdą obowiązującą i, że nie zawsze to, co mówi większość jest prawdziwą rzeczywistością.


Wrażenie  w filmie robi jego obsada w głównych rolach mamy Emmę Watson, która może nieco irytować tym, że znów gra zanurzoną w książkach nastolatkę, oraz znanego z serialu Downton Abbey i thrillera Gość Dana Stevensa. Prawdziwa parada gwiazd ma tu jednak miejsce na drugim planie. Wystarczy wymienić Ewana McGregora jako Płomyka, Iana McKellena jako Trybika, Emmę Thompson jako panią Imbryk czy Kevina Kline’a jako ojca Belli. Świetni są też Luke Evans jako Gaston, pewny siebie, przystojny i niezbyt inteligentny żołnierz, którego moglibyśmy nazwać celebrytą tamtej rzeczywistości, oraz Jason Gad jako jego przegięty towarzysz Le Fou.

Piękna i Bestia nie jest dziełem odkrywczym ani jeśli chodzi o opowiadaną historię, ani jeśli chodzi o sposób jej opowiadania. Jest to jednak film absolutnie udany pod względem budzenia w widzach emocji i to takich jakie założyli sobie twórcy. Gdy ma być wzruszająco, widzowie czują jak w ich oczach pojawiają się łzy, gdy ma być zabawnie na sali kinowej słychać śmiech, a gdy ma być mrocznie, każdy na Sali czuje niepokój. I tego od Billa Condona mogliby uczyć się inni twórcy kinowych przebojów. Podsumowując Piękna i Bestia to porcja dobrej zabawy dla wszystkich, ale najlepiej będą na jej seansie bawić się młodsi widzowie. 



#Amanda&Hubert

Za możliwość odkrycia na nowo historii Pięknej i Bestii w technologii IMAX dziękujemy kinu Cinema City Punkt 44 w Katowicach. 




poniedziałek, 20 marca 2017

Chata (2017)
Reżyseria: Stuart Hazeldine
Gatunek: Dramat
Premiera w Polsce: 10 marca 2017

Doświadczenie reżyserskie Stuart Hazeldine nie jest wprawdzie bogate, jednak jego najnowszy film trafił do szerokiej widowni. Przyczyniła się zapewne do tego obsada iście Hollywoodzka, która jednak nie zawsze wystarczy do realizacji ambitnej pozycji mimo wielkiego potencjału powieści.


Chata to historia Mack Phillipsa, który pragnął spędzić spokojny wyjazd z dziećmi nad jeziorem. Jednak jego idylliczne plany pokrzyżowało porwanie najmłodszej córki Missy, zakończone jej śmiercią. W natłoku emocji i z upływem czasu bohater nie potrafi pogodzić się ze stratą, do dnia gdy otrzymuje tajemniczy list, który odmienia jego pełne żałoby życie. Mack trafia do tytułowej Chaty, gdzie filmowa Trójca Święta będzie starała się przywrócić bohaterowi nadzieję i wcześniejszą wiarę, a przy okazji uratować relacje rodzinne.

Sam Worthington w roli głównej robi wszystko, aby pozycja była jak najmniej irytująca. Jednak gwiazda Avatara i Przełęczy ocalonych nie jest w stanie zdziałać cudów, nawet jeśli u jego boku jest Bóg w postaci Octavi Spencer. Film prawie w każdym momencie traktować można jako wyznanie wiary. Narzucając początkowo ideologie, poprzez odbiór i postrzeganie kolejnych obrazków, kończąc na irytujących scenach nawracania.

Chata to film, który pomimo ładnych obrazków i kadrów nie zaskakuje. Jest to typowa pozycja o utracie wiary i jej budowaniu. Pomimo dużych ambicji i potencjalnie dobrego oparcia w literaturze, nie pozostanie na długo w naszych pamięciach.



#Amanda&Hubert


sobota, 18 marca 2017

Kong: Wyspa Czaszki (2017)
Reżyseria: Jordan Vogt-Roberts
Gatunek: Fantasy, Przygodowy
Premiera w Polsce: 10 marca 2017


Jordan Vogt-Roberts zasłynął wśród fanów ambitnych i inteligentnych komedii pełnym obyczajowych obserwacji filmem Królowie lata. Po tym sukcesie czekać tylko było na jego kolejny film. Apetyt rósł tym bardziej, że po młodego Amerykanina upomniało się Hollywood. I tak został on reżyserem, skazanego na bycie blockbusterem, filmu Kong: Wyspa Czaszki.

Dziejący się w latach 70. ubiegłego wieku, tuż po wojnie w Wietnamie film opowiada o ekspedycji zorganizowanej przez Billa Randę, uznanego za szaleńca naukowca, na niezbadany dotychczas skrawek lądu na Oceanie Spokojnym- tytułową Wyspę Czaszki. W skład drużyny biorącej udział w wyprawie, oprócz grupy naukowców, bierze udział doświadczony tropiciel, były komandos SAS, James Conrad, oraz Mason Weaver,, która sama siebie określa jako fotografka antywojenna. Nad bezpieczeństwem ich wszystkich czuwa oddział amerykańskiej armii na czele, którego stoi podpułkownik Packard. Okazuje się, że tropikalna wyspa nie jest rajem na Ziemi i idealnym miejscem na wakacje, a raczej piekłem, czy miejscem z bliskim w nim kontakcie. Dodatkowo wychodzi na jaw, że szalona teoria naukowca jest bardzo bliska rzeczywistości. A prawdziwy cel wyprawy jest dużo mniej szlachetny niż na początku jest to zapowiadane. Prawda jest też taka, że członkowie ekspedycji nie są pierwszymi Amerykanami na tej wyspie, bo od czasu II wojny światowej zamieszkuje tam amerykański żołnierz, Hank Marlow. Bohaterowie biorą udział w serii krwawych spotkań z zamieszkującymi wyspę bestiami, w tym z tytułowym Kongiem, który jest dużo mniej kochliwy i romantyczny  niż jego wcześniejsze ekranowe wcielenia.

Konga… otwiera bardzo stylowa sekwencja, która przypadnie każdemu fanowi vintage. Później na ekranie zaczyna królowa nieco bardziej komiksowa stylistyka, która świetnie pasuje do opowiadanej historii. O ile warstwa wizualna filmu nie pozwala się do niczego przyczepić. Efekty specjalne są naprawdę świetnie zrobione, kamera pracuje znakomicie, a scenografie robią świetne wrażenie. Wszystkiemu towarzyszy dobra muzyka, a na ścieżce dźwiękowej mamy znane i lubiane (a do tego dobre) przeboje z lat 70.


Nieco gorzej jest niestety z fabułą. Nie jest ona nawet minimalnie odkrywcza, a nawet dosyć uboga w porównaniu nawet do innych filmów tego gatunku. Brakuje tu wzruszeń, poza sceną, która towarzyszy końcowym napisom. Brak tu też wątku o romansowego lub jakiegokolwiek innego, który dotyczyłby jakiś głębszych relacji między postaciami granymi przez Toma Hiddlestona i Brie Larson. Bo ich bohaterowie aż proszą się o taki wątek lub cokolwiek więcej niż chwycenie się za ręce.

Zresztą odgrywanie przez aktorów ich postaci jest mocną stroną filmu, bo mimo, że ich bohaterowie nie mają skomplikowanych psychologicznych portretów, a w bogactwie postaci mało dowiadujemy się, o którejkolwiek z nich, to aktorzy robią, co mogą i nadają bohaterom głębi, starają się, abyśmy zastanawiali się nad tym dlaczego ich bohaterowie postępują tak a nie inaczej. A obsada jest tutaj przednia, poza brytyjskim gwiazdorem i laureatką Oscara, mamy tu jeszcze Johna Goodmana w typowej dla niego roli szaleńca z traumą, Samuela L. Jacksona jako oddanego swoim ludziom, ale psychicznie skrzywdzonego przez wojnę podpułkownika Packarda. Swoje robią też znany z Earl, ja i umierająca dziewczyna Greg Gaines w roli młodego żołnierza Slivko i dający aktorski, choć bardzo bliski przegięcia, popis John C. Reilly  jako Hank Marlow.

Smaczkiem są też w tym filmie kulturowe, i to nie tylko pop-, nawiązania. Nazwiska bohaterów nawiązujące do twórcy i postaci z słynnej powieści Jądro ciemności Josepha Conrada, czy postać Mason Weaver, która ze swoim nazwiskiem i opiętym podkoszulkiem jest hołdem dla Sigourney Weaver, najtwardszej kobiety w historii Hollywood.

Oglądając Kong: Wyspa Czaszki można mieć wrażenie, że to kolejny film Jordana Vogt-Robertsa  dla chłopaków. Tylko, że tym razem nieco mniej dojrzałych niż poprzednio. Ale można odrzucić te uprzedzenia i dać się porwać  pełnej poczucia humoru filmowej zabawie. To kino, którego założeniem jest dostarczenie rozrywki i z tego założenia wywiązuje się znakomicie.


#Amanda&Hubert



Za możliwość udziału w filmowej przygodzie na Wyspie Czaszki dziękujemy kinu Cinema City Punkt 44 w Katowicach.



czwartek, 16 marca 2017

Gold (2016)
Reżyseria: Stephen Gaghan
Gatunek: Dramat
Premiera w Polsce: 17 marca 2017

Filmy o osiąganiu sukcesu są jak dobry coach. Inspirują, czasami dają nadzieję, a postulaty w nich wygłaszane są podobnie irytujące. W swoim najnowszym filmie Stephen Gaghan prezentuje historię podobną do Wilka z Wall Street, jednak z mniej komediowym wydźwiękiem.


Gold to film oparty na prawdziwych wydarzeniach z życia Kenny’ego Wellsa (Matthew McConaughey). Bohater nie miał szczęścia w życiu, był typowym nieudacznikiem, który by się odbić postanowił podjąć ryzyko i namawiając znajomego podróżnika i również poszukiwacza Michael Acosta (Edgar Ramírez) wyruszyć do Indonezji w poszukiwaniu złota. Początkowo dobra passa musiała w końcu ustąpić, a piętrzące się problemy zwieńczone są pełnymi zwrotów akcji scenami.

Prawdziwy popis aktorstwa kolejny raz prezentuje Matthew McConaughey. Po swoich poprzednich rolach w Witaj w klubie, czy epizodzie w Wilku z Wall Street wiedzieliśmy czego możemy się spodziewać po najnowszej produkcji z jego udziałem. Znakomicie prezentuje się na ekranie jako łysiejący nieudacznik bez perspektyw na życie. Jego emocjonalność i wybuchowy charakter dodaje świetnej dynamiki, tak potrzebnej w nużących momentach filmu. Dobrze spisuje się również jego ekranowy partner w interesach Edgar Ramírez, który wnosi nutę przygody i ciekawości sprawiając, że z nadzieją czeka się na rozwiązanie akcji.

Gold to film, który poza ciekawą historią i bohaterami momentami nuży. Ilość pełnych napięcia i wyczekiwania wątków jest niewielka, a dzikość postaci Kenny’ego Wellsa momentami znika tak szybko, jak jego włosy.



#Amanda&Hubert




niedziela, 12 marca 2017

Filmy powstałe na kanwie powieści często trafiają do klasyki kina, a często wręcz przeciwnie. W Polsce zwykle kończyło się to tym pierwszym. A najlepszym tego przykładem jest, zapewnie dla kultowy dla rodziców sporej części z nas, film Akademia Pana Kleksa na postawie znanej i lubianej lektury Jana Brzechwy z życiową rolą Piotra Fronczewskiego. Ten filmowy przebój doczekał się aż trzech kolejnych części. I wszystkie one znane są z przebojowych piosenek, dlatego dziś prezentujemy ranking 10 najlepszych piosenek, które pojawiły się w tej filmowej serii. Zapraszamy do przesłuchania tej najbardziej psychodelicznej playlisty w historii muzyki.


10. Marsz robotów – piosenka, od której mogliby się uczyć Daft Punk. No i kto po wysłuchaniu nie nuci sobie DNA, DNA?

9. Kołysanka w stylu Mango – każdy chciałby mieć zaśpiewaną przed snem kołysankę przez Marylę Rodowicz. A że w tytule ma owoc kojarzący się z telezakupami nic nie szkodzi. A trochę walca i trochę tango to jest to, co tańczymy na każdej imprezie.

8. Ratujmy kosmos – chyba jedyna w historii piosenka o kosmicznych śmieciach. No i poruszający refren.

7. Bubu Abu Din – piosenka, która jest hymnem polskich polityków. Nic więcej pisać nie trzeba.

6. Marsz wilków – kawałek porządnego hard rocka do zaskakująco mrocznej sceny jak na film dla dzieci. Robi wrażenie.

5. Zaklęcie doktora Pai-Chi-Wo – nikt nie wie o czym jest ta piosenka, ale przypomina bardzo urocze piosenki z Mulan wykonywane po chińsku.

4. Dyscyplina – piosenka o marzeniach wszystkich ministrów edukacji i nauczycieli. I dosyć widoczna inspiracja Another brick In the Wall.

3. Meluzyna – jedna z najbardziej znanych piosenek w wykonaniu Małgorzaty Ostrowskiej. I posiada walor edukacyjny – ostrzega przed tym jak gorzka może być miłość.


2. Jestem twoją bajką – zmysłowo zaśpiewana przez Zdzisławę Sośnicką bardzo romantyczna piosenka. Słuchając i oglądają nie ma się, co dziwić maślanym oczom Adasia Niezgódki.

      1Z poradnika młodego zielarza – co prawda nie ma tu nic o sadzeniu, paleniu czy legalizowaniu, ale i tak jest przebojowo, a nawet przeprzebojowo. Idealna piosenka do biegania, pływania, tańczenia i latania. Do tego ostatniego chyba najbardziej.

#Amanda&Hubert

sobota, 11 marca 2017

Logan: Wolverine (2017)
Reżyseria: James Mangold
Gatunek: Akcja, Sci-Fi
Premiera w Polsce: 3 marca 2017

Era superbohaterów trwa w najlepsze. Twórcy powołują do życia kolejne postaci, by na ekranach kin przedstawiać je szerszej publiczności. Tym samym niektórzy z naszych ulubieńców muszą zejść ze sceny. Losy niepokonanego dotąd Wolverine’a ponownie ukazuje James Mangold, który już w 2013 roku miał okazję zmierzyć się z tym bohaterem. Reżyser znany również z realizacji Przerwanej lekcji muzyki, nie zawodzi.


Akcja filmu Logan: Wolverine dzieje się w niedalekiej przyszłości, gdy tytułowy bohater już nie ugania się za złoczyńcami, lecz stara się normalnie prowadzić swoje życie, na tyle na ile pozwalają mu zardzewiałe pazury wystające z dłoni. Jednak w tej potencjalnie poukładanej rzeczywistości nic nie jest proste, a wręcz komplikuje się, gdy na drodze Logana staje mała dziewczynka o zdolnościach równych jemu. Bohater będzie musiał podjąć decyzję, czy zaangażować się, czy poddać, a wszystko to w obliczu ucieczki i pościgu, połączonymi z pełnym akcji kinem drogi.

Do samego końca świetnie prezentują się Hugh Jackman, który kolejny raz wcielił się w postać tytułowego bohatera, jak również Patrick Stewart w roli Profesora Charlesa, który zobowiązany wiekiem, prawi mądrości, a zarazem daje pokaz umiejętności swojej postaci. Na uznanie zasługuje również młoda Dafne Keen, która w roli Laury – nowego mutanta, prezentuje się na poziomie. Daje radę zarówno w scenach akcji, jak i milczenia, czy nieopanowanych napadów wściekłości.

Logan: Wolverine to dobre zakończenie serii. Momentami przerysowany i przesadzony, jednak przez większość czasu ukazujący to na co czekaliśmy – ekscytację i głęboki smutek.




#Amanda&Hubert


piątek, 10 marca 2017

Maria Skłodowska-Curie (2016)
Reżyseria: Marie Noelle
Gatunek: Biograficzny, Dramat
Premiera w Polsce: 3 marca 2017

Są biografie, które aż proszą się o bycie sfilmowanymi. Jedną z takich historii jest życie Marii Skłodowskiej-Curie, wybitnej uczonej, o której osiągnięciach naukowych, przełomowych odkryciach i licznych nagrodach, w tym dwukrotnie przyznanej Nagrodzie Nobla wiedzą niemal wszyscy. O jej życiu prywatnym wiadomo jednak znacznie mniej. A zmienić to może francusko-niemiecko-polsko-belgijska koprodukcja Maria  Skłodowska-Curie w reżyserii Marie Noelle.


Film obejmuje okres z życia podwójnej noblistki, właśnie od momentu kiedy po raz pierwszy otrzymuje wraz z mężem tę nagrodę  z dziedziny fizyki do momentu, gdy dostaje ją drugi raz, już jako wdowa, z dziedziny chemii. Obserwujemy Skłodowską-Curie jako matkę, żonę i kochankę, co w filmach dokumentalnych czy poważnych książkowych opracowaniach o noblistce często zostaje przeniesione na drugi plan, w tym filmie stanowi jego główny wątek. Widzimy uczoną jako oddaną żonę i matkę, widzimy jak ciepłe i pełne szacunku są jej relacje z mężem Pierrem Curie. Obserwujemy jak udziela wsparcia swoim córkom , i jak sama je od nich dostaje. Pokazana jest też relacja Marii z jej siostrą Bronisławą, obie pozostają sobie bliskie przez całe życie. Widzimy też jak po śmierci małżonka noblistka próbuje ułożyć swoje życie, oddaje się pracy, walczy o swoją pozycję, która w ówczesnym patriarchalnym społeczeństwie i świecie nauki jest zagrożona przez zazdrosnych o jej karierę mężczyzn. Istotnym wątkiem filmu jest właśnie walka o prawa kobiet, równy dostęp do edukacji, stanowisk czy po prostu takiego samego traktowania jak mężczyzn.

W Marii Skłodowskiej-Curie zaskakuje konstrukcja filmu. Przez to, że jest to zbiór krótkich, epizodycznych, niczym kolejne przeźrocza z życia uczonej, scen nie przypomina innych, wręcz hagiograficznych, wystylizowanych, kostiumowych biografii, a nabiera lekkości, w czym pomagają znakomite zdjęcia Michała Englerta, które perfekcyjnie podkreślają wymowę każdej sceny i każdego ujęcia.  Na uwagę zasługuje też Karolina Gruszka, która odkrywając rolę polskiej noblistki dołączyła do takich osobowości jak Greer Garson czy Isabelle Huppert, które w swoich filmografiach też odgrywały tę postać. Buduje ona obraz kobiety bardzo niejednoznacznej, z jednej strony pewnej siebie, z drugiej często mającej wątpliwości, z jednej oddanej swojej pracy i karierze, z drugiej potrafiącej zagubić się w miłości. Także fizycznie z jednej strony jest straszliwie chłodna, z drugiej potrafi być zmysłowa.

Jeżeli mamy w kinie oglądać biografie, to właśnie takie, jak Maria Skłodowska-Curie, niebanalne, ciekawe i niejednoznaczne.



#Amanda&Hubert


Za możliwość radowania się seansem Marii Skłodowskiej-Curie dziękujemy kinu 
Cinema City Punkt 44 w Katowicach.