Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fantasy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fantasy. Pokaż wszystkie posty

piątek, 10 stycznia 2020


Jumanji: Następny poziom (2019)
Reżyseria: Jake Kasdan
Gatunek: Fantasy, Przygodowy
Premiera w Polsce: 27 grudnia 2019

Gdy tylko słyszymy o Jumanji przed oczami mamy poczciwego Robin Williams ze swoją wiecznie uśmiechniętą twarzą w kultowym już wręcz filmie. Rok 2017 przyniósł nam nieśmiałe odświeżenie, chwilami zabawną fabułę i obiecujące historie, ale również momenty rozczarowania. Podobnie jest i tym razem, gdy Jumanji wchodzi na Następny poziom, a my ponownie otrzymujemy przeciętne widowisko.


Jumanji: Następny poziom to przede wszystkim oferta rozrywki bez większych zobowiązań i zaangażowania. Powtórka z rozrywki, gdy grupa przyjaciół niespodziewanie wskoczyła do gry, z której muszą wydostać się bez utraty wszystkich żyć. Kolejny raz spotykamy zatem Marthę, Bethany, Fridge’a i Spencera. Przyjaciele po ostatniej przygodzie starają się utrzymywać kontakt, jednak gdy Spencer nie pojawia się na spotkaniu, odwiedzają go w domu, w którym spotkają jego dziadka z byłym przyjacielem. Dowiadują się również, ze kolega aktywował zniszczoną uprzednio konsolę i prawdopodobnie kolejny raz pokonuje zagadki w wirtualnym świecie. Chcąc mu pomóc, pozostali po chwili oporu ruszają na pomoc, w świat, który jak im się wydawało poznali. Tymczasem czekają na nich zupełnie nowe zasady, umiejętności i komplikacje, które staną się niemałym wyzwaniem.

Tym razem twórcy nie ograniczają się jedynie do czwórki bohaterów, a kolejne postaci gwarantują chwile dobrej rozrywki. Na swojej drodze spotykają jeszcze trudniejszych przeciwników i wymagające zagadki, a finałowa scena wygląda zacnie w świetle pospolitego scenariusza. Aktorsko nie uświadczymy tu większego zawodu, a twórcy w poprawny sposób odgrzewają wcześniej poznane motywy, które mogą im zagwarantować poziom odpowiedniego rozbawienia.     

Jumanji: Następny poziom to niezobowiązujące kino, gwarantujące chwile rozrywki, które szybko zapominamy po zakończonym seansie. Prezentuje poprawną historię, którą pewnie jeszcze nie raz, będziemy mieli okazję odkrywać.


Patrycja Strempel


niedziela, 25 listopada 2018


Dziadek do orzechów i cztery królestwa (2018)

Reżyseria: Lasse Hallström, Joe Johnston
Gatunek: Familijny, Fantasy
Premiera w Polsce: 2 listopada 2018

Opowiadanie Dziadek do orzechów autorstwa E.T.A. Hoffmanna to krótkie dzieło, ale jak mało które zakorzeniło się w kulturze i stało się inspiracją dla niezliczonych lepszej (w tym naprawdę wybitnych) lub gorszej jakości dzieł. I to właśnie do tego utworu odwołuje się Dziadek do orzechów i cztery królestwa, nowa familijna produkcja ze studia Disneya.



Choć święta Bożego Narodzenia to czas radości, to nie widać tego szczęścia na twarzach członków rodziny Stahlbaum. A to wszystko dlatego, że to pierwsze święta po śmierci Marie, matki i żony, z której utratą próbują radzić sobie jej bliscy. Strata matki najbardziej dotkliwa wydaje się dla Clary, dziewczyny zafascynowanej znacznie bardziej mechaniką i fizyką, niż tym, co kojarzy się z dziewczyńskimi zainteresowaniami. Gdy Clara otrzymuje w prezencie przygotowanym dla niej jeszcze przez matkę prezencie tajemnicze mechaniczne jajo zamknięte na zamek, poszukuje do niego klucza,  w czym pomóc może jej ojciec chrzestny, wynalazca, który wychował jej matkę- Drosselmeyer. Dzięki niemu Clara trafia do krainy zamieszkanej przez ożywione zabawki, którą toczy jednak konflikt między, ponieważ jedno z tytułowych czterech królestw zbuntowało się.

Dziadek do orzechów i cztery królestwa bardzo luźno inspiruje się klasycznym już oryginałem. Fabuła baśni zostaje zastąpiona pomysłem współczesnych scenarzystów i tematem przewodnim staje się konflikt między królestwami i pragnienie zdobycia władzy przez jedną z uroczych bohaterek. Niestety nie wychodzi to opowiadanej historii na dobre. Fabuła pozbawiona jej jakichkolwiek dodatkowych wątków i szybko prze do swojego rozwiązania, a scenarzyści nie martwią się czymś takim jak napięcie, relacje między bohaterami, czy sympatia dla bohaterów. Wydaje się, że nawet te kilka wzruszeń, które ten film nam serwuje to jedynie zasługa Lasse Hallstroma, współreżysera filmu i mistrza poruszającego kina, i to nie tylko familijnego, a nie scenariusza.

Irytujące są też płytkie postaci tym bardziej, że mamy tutaj ekranowych gigantów jak Helen Mirren, Morgan Freeman, czy Keira Knightley. Ale co z tego, że właściwie nie mają czego grać, a jedynie pojawiają się na ekranie w szalonych charakteryzacjach. Dobrze wypada w głównej roli Mackenzie Foy, ale tylko dlatego, że posiada charyzmę i urok bo nie jesteśmy w stanie ocenić jej talentu, bo rola Clary raczej go nie wymaga, bo jest tak samo blada, jak każda inna w tym filmie.

Dziadek do orzechów i cztery królestwa to typowy familijny seryjny produkt, którego cała siła to znane nazwiska na plakacie i odwoływanie się do klasyki. Niestety gdy damy się temu skusić czeka nas wyłącznie rozczarowanie.



Daniel Mierzwa

sobota, 19 maja 2018

Thelma (2017)
Reżyseria: Joachim Trier
Gatunek: Dramat, Fantasy
Premiera: 8 czerwca 2018

Joachim Trier to twórca fantastycznego kina, mieszającego style i gatunki, w którego filmach mamy zarówno poważne tematy, jak i spore ilości poczuci humoru. Po krótkiej przygodzie poza rodzinną Norwegią, podczas której powstał udany dramat Głośniej od bomb ze znakomitą obsadą, powrócił do ojczyzny i nakręcił Thelmę.

Thelma mogłaby się wydawać zwyczajną dziewczyną, jednak już pierwsza scena, podczas której ojciec mierzy do niej z broni, wskazuje, że nie do końca mamy tutaj do czynienia z normalną rodziną. Dziesięć lat później Thelma rozpoczyna studia z dala od domu, w stołecznym Oslo. Staje się to okazją do próby uwolnienia się od rodziców – konserwatywnych, religijnych fanatyków. Dziewczyna odkrywa czym jest zabawa, wolność, po raz pierwszy poznaje też rodzącą się miłość do pieknej przyjaciółki. Dzieje się jednak też coś niepokojącego. Thelma zaczyna mieć napady epilepsji, które zdarzają się pod wpływem silnych emocji. Budzi się w niej też tajemnicza siła, która ma wpływ na otaczający ją świat.
Joachim Trier znów stworzył nieoczywiste dzieło. Połączył obyczajowy obraz  spod znaku coming-of-age z horrorem pełnym paranormalnych zjawisk,  thrillerem o gęstej, posępnej atmosferze i psychologicznym dramatem o traumie, która tkwi w człowieku mimo upływu lat, tworząc film, w którym zaciera się granica między rzeczywistością, a fantastyką. Siła filmu to opiera się jednak nie tylko na oryginalnym podejściu do znanych motywów i sprawnym mieszaniu stylów i konwencji, ale też na zdolności Triera do tworzenia sugestywnych obrazów, tajemniczych obrazów, wplatając sceny przyrody. Powoduje w tym samym poczucie obcowania z czymś pięknym, ale niepokojącym (jak niczym uroda głównej bohaterki), zestawia świat ludzi z naturą, chrześcijańskie zasady z pogańskim szacunkiem dla sił przyrody, odkrywając kolejne rejony i powodując następne domysły. I nawet jeżeli ostatecznie sam reżyser pozbywa film metafizycznej atmosfery, to nie można nazwać Thelmy inaczej niż filmem bardzo udanym.
Joachim Trier nie zaskoczył znających jego twórczość, ponieważ znów stworzył znakomity film. Zaskakujące może być jednak, że to reżyser, który nie traci formy i każdy jego obraz jest więcej niż dobry.


Daniel Mierzwa

piątek, 26 stycznia 2018

Kształt wody (2017)
Reżyseria: Guillermo del Toro 
Gatunek: Fantasy
Premiera w Polsce: 16 lutego 2018

Guillermo del Toro, znany kinowy wizjoner i twórca niezwykle stylowych filmów pełnych fantazji, zdobył w zeszłym roku Złotego Lwa na MFF w Wenecji Kształtem wody. Jury zachwyciło się swoistą mieszanką fantasy, romansu, horroru i dramatu.

Eliza Esposito jest niemową i pracuje jako sprzątaczka w tajnym laboratorium. W pracy sprząta w ośrodku pełnym niesamowitości, a po niej ogląda filmy w kinie, nad którym mieszka i spotyka się z sąsiadem, z którym się przyjaźni. Jej życie odmieni się gdy do laboratorium przywieziony zostaje tajemnicze stworzenie, do którego wkrótce mocno się przywiąże, a jego życie nie pozostanie jej obojętne.
Twórca Labiryntu fauna stworzył film, w którym każdy element wydaje się być idealnie połączony z resztą. Scenariusz, który napisał z Vanessą Taylor miesza gatunki i konwencję, zabawa miesza się z grozą, thriller szpiegowski z romansem dwójki niepasujących do świata istot. Wszystko to doprawione musicalowymi smaczkami, w atmosferze opowieści niesamowitych i w rytmie znakomitej muzyki Alexandre’a Desplata i urzekającej, łączącej styl filmów z lat 60. i baśni spod znaku Tima Burtona, scenografii zmierza do zakończenia, które może wydaje się oczywiste, ale wiele wydarzeń po drodze potrafi zaskoczyć widza. Swój udział w tym znakomitym obrazie ma też obsada, którą nazwać fenomenalną to zbyt mało. Sally Hawkins, aktorka docenia, ale wciąż nie na tyle na ile zasługuje, w roli niemej Elizy jest niesamowita. Partnerujący jej Richard Jenkins wydaje się idealnie dobrany do swoje roli, pełna ciepła Octavia Spencer jest nawet lepsza niż w Służących, za które otrzymała Oscara, a demoniczny Michael Shannon dołożył do swojego dorobku kolejną mistrzowską rolę.
Guillermo del Toro znów udowadnia, że świetnie łączy mainstreamową przebojowość z artystycznym kunsztem, aby powiedzieć o rzeczach ważnych. Kształt wody to film o walce o swoją godność, w końcu każdy z głównych bohaterów w jakiś sposób nie pasuje do reszty społeczeństwa, a próba uwolnienia tajemniczej wodnej istoty pozwala im przekonać się jak wielka i silna jest ich przyjaźń, ale też że mogą osiągnąć, co tylko chcą i przemówić (nawet niema Eliza) własnym głosem.

Kształt wody to stylowa, porywająca współczesna baśń, która nikogo nie pozostawi obojętnym. 


Daniel Mierzwa

sobota, 30 grudnia 2017

Jumanji: Przygoda w dżungli (2017)

Reżyseria: Jake Kasdan
Gatunek: Fantasy, Przygodowy
Premiera w Polsce: 29 grudnia 2017

Jake Kasdan słynie z przeciętnych komedii. Od Złej kobiety przez Sekstaśme, aż do najnowszej jego produkcji, w której zabiera widzów w poznany ponad dwadzieścia lat temu świat Jumanji.


Jumanji: Przygoda w dżungli lekko odświeża krainę gry, w którą już kiedyś mieliśmy okazję wpaść. Tym razem, początkowo Alex, później reszta bohaterów, idąc z duchem czasu odpalają tytułową grę na konsoli, która bez reszty ich pochłonie. Zamieniając się w wybrane przez siebie postaci będą mieli trzy życia, by przejść przez morderczą krainę, która z każdym krokiem będzie rzucała im wymagające wyzwania. Grupa dzieciaków ze szkoły, uczyni wszystko, by dokończyć rozgrywkę, a przy tym,  pomimo początkowych niechęci, będą musieli współpracować, by nie stracić kolejnych żyć.

Całość pozycji jest małym hołdem w stronę Robina Williamsa, którego losy nie zostały wymazane z tej magicznej krainy. Jednak sentymentalne gierki nie sprawiają, że film lepiej się ogląda. Młodzi aktorzy prezentują zdecydowanie przeciętny poziom, na szczęście nie poświęca się im wiele uwagi na ekranie. Samo przeniesienie się do gry Jumanji może lekko rozczarować, pomimo widowiskowej scenerii, bohaterowie po prostu wykonują swoje misje, by móc wbijać się na kolejne poziomy i je zakończyć. Jednak wartkości akcji na pewno dodają liczne pościgi, czy sceny walki, które momentami z humorystycznym akcentem kreują odpowiedni klimat. Dobrze na ekranie wypadają również aktorskie kreacje bohaterów z gry, będące antagonizmami do ich licealnych odpowiedników. I tak szkolny nerd staje się atletycznym przywódca, któremu twarzy użycza Dwayne Johnson, popularny futbolista zamienia się w niepozornego pomagiera, uczulonego na ciasto i tryskającego sarkazmem (Kevin Hart). Popularna szkolna gwiazda okazuje się łysiejącym naukowcem w średnim wieku (Jack Black), a outsaiderka – super laską z potencjałem na płatnego zabójcę (Karen Gillan). Twórcy zadbali, aby jak najmocniej uwidocznić wszystkie nastoletnie problemy, burze hormonów, czy trudne relacje. Zbudowali kino przygody, w które widz chętnie się zagłębia pomimo powtarzalnego motywu i akcji, by na koniec czuć się niepewnie słysząc odgłosy bębnów z ekranu.

Jumanji: Przygoda w dżungli to widowisko, które z sentymentem i z błyskiem w oku oglądamy, jednak niekoniecznie chcemy słyszeć, ze względu na polski dubbing, który nijak współgra z przedstawionym światem.


Patrycja Strempel


poniedziałek, 25 grudnia 2017

Bright (2017)
Reżyseria: David Ayer
Gatunek: Fantasy, Akcja
Premiera: 22 grudnia 2017

David Ayer nie raz na ekranie pokazywał, że świetnie czuje się w policyjnych strzelaninach i pościgach, a jego poprzednie produkcje Dzień próby, czy Bogowie ulicy są  tego świetnym przykładem. Tym razem przy współpracy z Netflixem stworzył obraz, z jednej strony będący zbieraniną, a momentami wręcz kopia różnych filmów akcji, a z drugiej osadzając go w fantastycznej stylistyce jest ukłonem w stronę niezapomnianego świata Tolkiena, jednak w uwspółcześnionej wersji.


Bright jest opowieścią rozgrywająca się we współczesnej alternatywnej rzeczywistości, gdzie ludzie wraz z Orkami, Elfami, czy Wróżkami dzielą swoją codzienność. Dwóch policjantów Ward - człowiek (Will Smith) oraz Jakoby - pierwszy Ork w policyjnym mundurze (Joel Edgerton) współpracując będą musieli stawić czoło wrogom, którzy będą chcieli zdobyć magiczny przedmiot, który niespodziewanie znalazł się w ich posiadaniu. Razem z młodą elfijką podejmą walkę z nieprzychylnie nastawioną lokalną społecznością, skorumpowanymi funkcjonariuszami oraz tajemniczym bractwem.

Twórcy serwują obiecującą zapowiedź kolejnych części. Prezentują dobrze przemyślany świat, pełen podziałów i stereotypów, w którym najmocniejszym punktem jest jego wizualny odbiór. Zadbano o wyważone efekty, które zapewniają akceptowalny odbiór tego baśniowego świata. Poprawnie na ekranie prezentują się również Will Smith oraz Joel Edgerton w głównych rolach. Pomimo braku komizmu w ich postaciach oraz przepełnionych powaga dialogach całość nie prezentuje się przesadnie patetycznie, a jedynie buduje ich realizm.

Bright może nie jest filmowym arcydziełem, a reżyser będzie musiał zrobić jeszcze wiele dobrych produkcji, aby odkupić winy za Legion Samobójców, jednak  dzięki niemu pokazuje, że podąża w dobrym kierunku. Prezentuje dobrą alternatywę dla kinowych dzieł pełnych spektakularnych efektów, oferując wyważoną dawkę emocji,  zakończonych obiecującą zapowiedzią przyszłych wrażeń.



Patrycja Strempel 

niedziela, 29 października 2017

Thor: Ragnarok (2017)
Reżyseria: Taika Waititi
Gatunek: Fantasy, Przygodowy
Premiera w Polsce: 25 października 2017

Twórcy ekranizacji komiksów Marvela nie raz pokazywali, że najważniejsza jest dla nich widowiskowość i efekciarstwo. Po wielu bardziej i mniej udanych produkcjach powracają oni do losów nordyckiego boga piorunów Thora, by z jeszcze większym impetem wejść w mityczny Asgard, pełny nowych bohaterów gwarantujących niezapomniany spektakl fajerwerków. Początkowo przygodę z Thorem rozpoczął Kenneth Branagh – ostatnio widziany w Dunkierce, później Alan Taylor – znany z produkcji Gry o tron, by wreszcie dać szansę Waititiemu - reżyserowi, którego poczucie humoru, dystans oraz wyrazistość postaci od dawna budowały dobre kino, a jego Co robimy w ukryciu do dziś pozostaje na naszej liście najlepszych komedii.


Thor: Ragnarok od pierwszych scen buduje napięcie niczym ostatni Strażnicy galaktyki. Początkowo będący w niekorzystnej sytuacji bóg, w rytmie muzyki musi pokonać zaciekłego przeciwnika, by w glorii chwały powrócić na swoją planetę. Tam okazuje się, że jego dotąd zmarły brat, cudownie zmartwychwstał, a wylewane łzy i rozpacz okazały się niepotrzebne. Razem z wielkim come backiem Lokiego wracają niestety również problemy i nowy przeciwnikiem, którym okazuje się dawno zapomniana bogini Śmierci – Hela, która czerpiąc moc z Asgardu będzie chciała zawładnąć Wszechświatem. Pozbawiony swojego potężnego młota Thor zostaje uwięziony w odległej części Wszechświata, gdzie zmuszony zostaje do pojedynków gladiatorów, a jego pierwszym przeciwnikiem okazuje niezwyciężony Hulk – ulubieniec Arcymistrza oraz tłumów. W obliczu zagłady swojej planety bohater będzie musiał znaleźć sojuszników, którzy pomogą mu z walce z wymagającym przeciwnikiem, tym bardziej, że nadchodzi Ragnarok – mityczny koniec Asgardu i bogów.

Podczas seansu ma się wrażenie, że wszystko idealnie do siebie pasuje. Motywy muzyczne lat 80., które ostatnio staja się coraz popularniejsze w komiksowych ekranizacjach, w doskonały sposób podkreślają humor bohaterów. Zresztą całość produkcji zbudowana jest z gagów, czy komediowych popisów aktorów, w których odczuwalny jest dystans twórców do tego mitycznego świat. Wprowadzają oni również wiele nawiązań do innych produkcji Marvela, które pozwalają na osadzenie wydarzeń w odpowiednim czasie filmów uniwersum, puszczają również śmiało oko do wytrwałych widzów, którym nie straszne jest oczekiwanie na sceny po napisach.


Pozytywnie wypadają również aktorskie kreacje. Chris Hemsworth świetnie radzi sobie z bardziej komediowym obliczem, krótszymi włosami i mniejszą liczbą minut na ekranie, które zdecydowanie kradnie Tom Hiddleston jako Loki – powraca on w wielkim stylu, kolejny raz pokazując postać goniącego za okazjami i przekupnego rodzinnego błazna. Pozytywnie wypada także Oscarowa Cate Blanchett, z klasą i mrokiem w oczach jako Hela dąży do zawładnięcia światem, nie zapominając przy tym o złowieszczym uśmiechu. Bezbłędnie prezentuje się również sam reżyser, który użycza głosu kamiennemu kosmicie imieniem Korg, a wypowiadane przez bohatera dialogi to śmiały uśmiech w stronę widowni zainteresowanej poprzednimi produkcjami reżysera.

Thor: Ragnarok to kino rozrywkowe w czystej postaci, będące zarówno świetną kontynuacją, jak i podstawą do kolejnych superbohaterskich produkcji. Film pełen spektakularnych pojedynków, zabawnych, nieprzesadzonych dialogów i wizualnie perfekcyjnych miejsc. Kino nie pozbawione dystansu z efektami, które zdecydowanie robią wrażenie na dużym ekranie.


Patrycja Strempel












Za możliwość odwiedzenia mitycznego Asgardu dziękujemy kinu IMAX Cinema City Punkt 44 w Katowicach.

poniedziałek, 23 października 2017

A Ghost Story (2017)
Reżyseria: David Lowery
Gatunek: Dramat, Fantasy, Romans
Premiera w Polsce: 27 października 2017

Filmy o duchach zwykle należą do najbardziej przerażających horrorów. A takie dzieła jak Krąg czy Klątwa wielu widzom śniły się jeszcze sporo czasu po seansie, a po obejrzeniu Paranormal Activity mało komu udaje się zachować pełnię spokoju, gdy w jego domu trzaskają drzwi. Dlatego chyba każdy będzie zaskoczony tym, co w filmie A Ghost Story przygotował dla widzów David Lowery.

Początek filmu to studium życia małżeństwa. Bohaterowie raczej wiele nie mówią, o wszystkim decydują drobne gesty, często pełne czułości. Sielanki nie obserwujemy długo, ponieważ mężczyzna ginie w wypadku samochodowym. Koniec życia nie jest jednak końcem jego perypetii. Jako duch wystrojony w prześcieradło powraca do swojego domu i próbuje nawiązać kontakt z cierpiącą i pogrążoną w żałobie żoną. Jest jednak niewidoczny, a próby skontaktowania się z nią spełzają na niczym, a kobieta próbuje rozpocząć nowe życie. Później jego dawny dom zmienia właścicieli, ale duch wciąż pozostaje jego lokatorem
Ktokolwiek spodziewa się, że  A Ghost Story jest horrorem, będzie poważnie rozczarowany. Bo choć reżyser każe swojemu bohaterowi wykonywać sztuczki, do których przyzwyczaiły nas filmowe duchy, to tutaj są one gestem rozpaczy umarłego, a nie sposobem na uprzykrzanie egzystencji żywym. Sam film ani przez moment nie straszy, a jest pełną smutku opowieścią o utracie i przemijaniu. Nostalgiczny charakter opowieści podkreślają długie ujęcia pełne szarego światła oraz mistrzowska muzyka Daniela Harta, który naprawdę stworzył jedną z najlepszych ścieżek dźwiękowych od wielu lat. Nastrój filmu potęguje też gra dwójki aktorów w głównych rolach, którzy świetnie odnajdują się w jego posępnej atmosferze. Ale to w końcu Casey Affleck, który mistrzowsko odgrywa pełne melancholii postaci, a towarzyszy mu Rooney Mara, która gra bardzo subtelnie, ale kipi od emocji.

A Ghost Story to fascynujące filmowe przeżycie, które prostym językiem i za pomocą skromnych środków w przejmujący sposób mówi o rzeczach najważniejszych. 


Daniel Mierzwa

środa, 23 sierpnia 2017

Mroczna wieża (2017)
Reżyseria: Nikolaj Arcel
Gatunek: Fantasy, Horror
Premiera w Polsce: 11 sierpnia 2017

Stephen King to jeden z najpoczytniejszych żyjących pisarzy, który bardzo często wydaje nowe powieści. Wiele jego książek weszło do klasyki gatunku. Podobnie jest też z filmami, których scenariusz powstały w oparciu o jego dzieła, Lśnienie Stanleya Kubricka czy Carrie Briana De Palmy to niewątpliwa klasyka horroru. Teraz do kin weszła ekranizacja cyklu powieści, które sam King nazywa swoim opus magnum- Mroczna wieża. A za kamerą stanął duński reżyser Nikolaj Arcel, znany twórca Kochanka królowej i Zabójcy bażantów.


Bohaterem opowiadanej na ekranie historii jest Jack. Chłopiec, który nie cieszy się nadmiernym szacunkiem rówieśników, ponieważ korzysta z opieki psychiatrów i terapeutów, co jest skutkiem dręczących go snów, które regularnie uwiecznia na rysunkach. Przerażające koszmary zdaniem specjalistów są skutkiem traumy po utracie ojca. Wkrótce odkrywa portal do alternatywnej rzeczywistości, nad którą góruje wielka wieża, której celem jest ochrona naszego świata przed demonami. Tam poznaje Ronalda, tajemniczego jegomościa w płaszczu i z dwoma rewolwerami, który poszukuje potężnego czarnoksiężnika- Człowieka w Czerni. Wspólnie z chłopcem wyruszają w podróż, aby go pokonać.

Mroczna wieża mimo, że oparta na serii przebojowych książek, pozbawiona jest wszelkich cech, aby również osiągnęła taki sukces. Film pełen jest fabularnych skrótów, przez co nie wszystkie wątki są zrozumiałe, trochę jakby zostały przycięte, aby film stał się krótszy. Niestety na skutek tego film nie nabiera dynamiki, a jedynie traci przejrzystość. Problemem są też słabe portrety psychologiczne bohaterów. O ile nawet słabo zarysowany Roland się broni grą Idrisa Elby, który wiele jest w stanie przekazać gestem czy spojrzeniem, to Tom Taylor w roli Jacka jest okropnym rozczarowaniem. Młody aktor właściwie nie gra, a jedynie jest na ekranie. A na jego twarzy nie widać żadnych emocji nawet podczas sceny dotyczącej śmierci matki głównego bohatera. Rozczarowuje również rola Matthew McConaugheya. Oscarowy aktor zalicza tutaj tak zły występ, że zaczynamy doceniać jego role w filmach o teściowych z piekła rodem, bo jak widzimy w Mrocznej wieży, może być jeszcze gorzej.

Rozczarowani mogą być również ci, którzy liczyli na znakomite efekty specjalne. Tutaj mimo, że jest ich sporo nie są zbyt efektowne. A sceny, w których można by je z sukcesem zastosować są nudne.

Mroczna wieża to film po prostu zły, taki który rozczarowuje na każdej płaszczyźnie. Nie można go polecić nawet fanom twórczości Kinga, ani talentu występujących w obsadzie aktorów, bo jedni i drudzy będą rozczarowani. A tym, którzy wiedzieli można jedynie życzyć, aby o seansie jak najszybciej zapomnieli. 


Daniel Mierzwa

niedziela, 20 sierpnia 2017

Anioł zagłady (1962)
Reżyseria: Luis Bunuel
Gatunek: Dramat, Fantasy, Komedia 
Premiera na świecie: maj 1962

Oglądaliście O północy w Paryżu Woody’ego Allena? Jeśli tak pewnie pamiętacie scenę podczas, której główny bohater grany przez Owena Wilsona dyskutuje o scenariuszu filmu z Luisem Bunuelem. A dzieło, o które chodzi to Anioł zagłady nakręcony przez hiszpańskiego mistrza po opuszczeniu ojczyzny, podczas pobytu w Meksyku gdzie powstało wiele jego filmów, już po sukcesie jego znakomitej Viridiany, ale jeszcze przed skandalizującą Pięknością dnia.


W wielkiej rezydencji odbywa się wykwintna kolacja. Eleganccy goście wymieniają frazesy, czasem też dyskutują, a do tego dosyć bezczelnie wywyższają się ponad niższe klasy. Gdy jednak przyjęcie dobiega końca, okazuję się, że poza lokajem domostwo opuściła cała służba, a tajemnicza siła nie pozwala zebranym gościom wrócić do swoich domów. Uwięzieni, początkowo złotej klatce, powoli zapominają a etykiecie i manierach, stając się coraz bliżsi swojemu wyobrażeniu o niższych warstwach społeczeństwa.

W Aniele zagłady eksploatuje jeden ze swoich ulubionych, tematów jakim jest krytyka burżuazji. Świat wystrojonych kobiet i sztywnych mężczyzn jest dla niego pełen zakłamania i blichtru, a panujące w nim eleganckie zasady to tylko iluzja mająca na celu podkreślenie ich domniemanej wyższości. Rzeczywistość burżuazji za nic nie może się jednak przeniknąć z rzeczywistością zwyczajnych ludzi. Tak jak goście przyjęcia nie mogą opuścić rezydencji, tak też zwykli mieszkańcy nie mogą przekroczyć jej ogrodzenia, aby wejść na jej teren. Ostatecznie jednak drzwi domu otwierają się, a dwa światy mieszają się.

Krytyka burżuazji, której Bunuel z taką lubością oddawał się w swoich filmach, nie jest jedynym przesłaniem tego filmu. Bo to przede  wszystkim, choć dyskretniej pokazana, krytyka hiszpańskich elit, które wspierały reżim generała Francisco Franco. Obnażona zostaje tutaj ich hipokryzja i przekonanie o własnej wyższości oraz posiadaniu jedynej racji. Rezydencja symbolizuje rządzony za pomocą terroru kraj, a etykieta maskuje strach przed powiedzeniem prawdy. Długotrwałe uwięzienie powoduje jednak budzenie się najniższych, prymitywnych zwierzęcych instynktów.

Anioł zagłady to film typowy dla dorobku Luisa Bunuela, na częsty w jego twórczości temat, surrealistyczny i nieoczywisty, pełen metafor, dyskretnej erotyki i odważnych ocen. Ale to dzieło, z którego wszyscy twórcy mogliby się uczyć, jak poetycko pokazać nawet najmniej wygodną prawdę.  



Daniel Mierzwa 

niedziela, 23 lipca 2017

Kubo i dwie struny (2016)
Reżyseria: Travis Knight
Gatunek: Animacja, Familijny, Fantasy
Premiera w Polsce: 2 grudnia 2016

Travis Knight i jego reżyserski debiut – Kubo i dwie struny – tak wstrząsnął światem, że animacja doczekała się nominacji do Oscara i Złotych Globów, a także nagrody BAFTA. Jednak nie ma się do dziwić skoro jej twórca współpracuje ze studiem Laika Entertainment, które nie od dziś pokazuje oryginalne kino dla młodych widzów. (Koralina i tajemnicze drzwi, ParaNorman, czy Gnijąca panna młoda Tima Burtona) Kino czasami przepełnione grozą, częściej emocjami, z których korzystać mogą również dojrzali widzowie.


Kubo i dwie struny opowiada historię niezwykle walecznego bohatera. Pokornego chłopca, który po stracie ojca opiekuje się matką, jednak fatum ciążące nad nimi nie pozwala im wieść spokojnego życia. Po wizycie ducha z przeszłości Kubo zmuszone jest wyruszyć w niebezpieczną podróż, by odnaleźć zbroję swojego ojca – największego samuraja – tym samym dowiedzieć się prawdy o sobie i swojej rodzinie. W obliczu wyzwania pomoc otrzyma ze strony pradawnych mocy oraz towarzyszy wyprawy Małpy i Żuka. Pełna niespodzianek droga, pomoże młodemu bohaterowi zrozumieć swoje przeznaczenia, a także poczuć dumę z własnego pochodzenia.

Japońskie opowieści posiadają często magiczny klimat. Pełne są mitologii, tajemniczości i niejasności podobnie jak Kubo... prowadzą widzą w świat nieznany, dziwny, czasami ciężki do pojęcia, bo odmienny od szeroko znanego.

Animacja momentami wprowadza nas także w pewnego rodzaju trans, z którego jednak należy szybko uciekać, gdyż pomimo wizualnych plusów, film posiada również fabularne rozczarowania. Wprawdzie rekompensuje to gwiazdorska obsada dubbingująca bohaterów w oryginalnej wersji, jednak całokształt posiada wiele momentów niewyjaśnionych i banalnych, które powodują niedosyt po seansie.

Kubo i dwie struny to wzruszająca opowieść, momentami zabawna i okrutna, z drugiej strony emocjonalna i pełna magii. Posiadająca wiele morałów, którymi widz dostaje w twarz, by nie zasypiać podczas seansu.



Patrycja Strempel 

niedziela, 16 lipca 2017

Ponyo (2008)
Reżyseria: Hayao Miyazaki
Gatunek: Familijny, Fantasy, Przygodowy, Anime
Premiera na świecie : 19 lipca 2008

Jeżeli kogoś można by nazwać twórcą kultowym, to na pewno na miano to zasługuje Hayao Miyazaki. Japoński animator , twórca znanego na całym świecie studia Ghibli, sprawił, że anime weszło do głównego nurtu światowej popkultury, a sam dzięki swoim magicznym opowieściom sięgnął po najważniejsze filmowe laury, w tym samego Oscara, a jego filmy pokazywane były na najsłynniejszych festiwalach. Na festiwalu w Wenecji premierę miało kilka jego filmów, w tym w 2008 roku Ponyo.

Jest to historia pięcioletniego Sosuke, który wyławia z oceanu złotą rybkę, której nadaje właśnie tytułowe imię. Nie jest to jednak zwykła ryba, rozumie ona ludzką mowę i posiada ludzką twarz (z którą zresztą wiąże się lokalny przesąd). Pomiędzy chłopcem a mieszkanką morskich głębi rodzi się przyjaźń. Nic nie może jednak wiecznie trwać i Ponyo musi wrócić do oceanu. Jednak jej tęsknota oraz pragnienie stania się człowiekiem sprawiają nie pozwalają jej pozostać tam dłużej.
Ponyo to kolejny film Miyazakiego, którego bohaterami są dzieci. I to właśnie z ich perspektywy, pełnej naiwności, ale też szacunku dla świata obserwujemy tę historię o wytrwałości, przyjaźni i walce z przeszkodami, które na naszej drodze stawia los. Obserwujemy jak sympatia przeradza się w coraz większe i trwalsze uczucia. To też film o tym jak ważne jest wzajemne oddanie, jak pomaga wspólnie przetrwać wszystkie trudności oraz o tym jak ważna jest wzajemna szczerość  i uczciwość. Film ten uczy też szacunku do osób starszych, które może już nieco gorzej słyszą, czy nieco gorzej widzą, ale są wielką skarbnicą wiedzy o świecie. Ale największa nauka jaka płynie z tego filmu jak rzeka do oceanu jest  taka, że musimy się wzajemnie akceptować i szanować  takimi jakimi jesteśmy. Mimo, że czasem to trudne.

Ponyo to film, któremu daleko do największych reżyserskich osiągnięć Hayao Miyazakiego, ale pomimo to i tak jest to animacja pełna ciepła, magii, która jest znakomitą współczesną baśnią dla każdego widza.


Daniel Mierzwa

piątek, 16 czerwca 2017

Mumia (2017)
Reżyseria: Alex Kurtzman
Gatunek: Fantasy, Przygodowy
Premiera w Polsce: 9 czerwca 2017

Mumia, którą widzowie poznali w 1999 niezaprzeczalnie się postarzała. Była umiejętnie wywarzona i z nieprzesadzonym humorem. Dobry klimat i obsada gwarantowały przyjemny seans, a widz potrafił docenić to kino przygodowe, które bawiło pokolenia. Dlatego chyba nikogo nie zdziwił fakt, chęci odświeżenia tego już niemal kultowego filmu, jednak, jak często bywa remake jest jedynie nijaką próbą powrotu do przeszłości.


Film Mumia przedstawia historię komandosa Nicka (Tom Cruise), który podczas misji w Iraku odkrywa grobowiec egipskiej księżniczki. Ogarnięta żądzą władzy i zemsty Ahmanet przebudza się i wkracza we współczesny świat, w którym kierując się bezwzględnością, niszczy każdą z istot pojawiającą się na jej drodze.

Twórcy bez wątpienia nie zmuszają widzów do zbytniego myślenia podczas seansu. Balansują między kiczem, a rozrywką, przesadnie skłaniając się jednak ku temu pierwszemu. Brak tu spektakularnych efektów, czy po prostu zadowalającej, wartkiej akcji która zapewniłaby akceptowalny odbiór. Ponadto widz co chwilę zarzucany jest mało zabawnymi dowcipami, żartami, które zahaczają wręcz o nonsens.

Mumia to przede wszystkim lekkie kino dla każdego, bez wymagań, czy fajerwerków. Z drewnianym Tomem Cruisem w roli głównej i dającą radę Annabelle Wallis w tytułowej roli. Nieudane odświeżenie klasyka, które zwieńczone jest nerwowym chichotem podczas napisów i salwą nieodpowiednich słów.


Patrycja Strempel 

poniedziałek, 29 maja 2017

Piraci z Karaibów: Zemsta Salazara (2017)

Reżyseria: Joachim Rønning, Espen Sandberg
Gatunek: Fantasy, Przygodowy
Premiera w Polsce: 26 maja 2017

Historia Kapitana Jacka Sparrowa ponownie odgrzewana jest na wielkim ekranie. Wielkie show i promocja tego wydarzenia, mogły dać do myślenia, że film będzie zaledwie nikłym cieniem pozostałych części. Szczególnie, że za kamerą stanął norweski duet reżyserski, a długo związany z muzyką Piratów... Hans Zimmer, został zastąpiony, podobnie, zresztą jak Dariusz Wolski, który nierozerwalnie od pierwszej części był twórcą zdjęć do filmu. Jednak w obliczu wielu tych zaskoczeń i małych rozczarowań, otrzymujemy widowisko na miarę poprzednich części z serii, które momentami wciskają z impetem widza w kinowy fotel.


Piraci z Karaibów: Zemsta Salazara to zaskakujący, dobry powrót do korzeni. Ponownie spotykamy dobrze znanych bohaterów, jak i nowych, pełnych świeżości i historii do opowiedzenia. Tym razem Jack (oczywiście w tej roli niezastąpiony Johnny Depp) będzie musiał zapłacić za błędy młodości, kiedy to podstępnie oszukał zawziętego korsarza. Kapitan Salazar (Javier Bardem) uczyni wszystko, by pomścić swoja porażkę, a to zmusi pijaczynę Sparrowa do ponownej przygody. Wraz z młodymi bohaterami: żądną wiedzy Cariną i chcącym zdjąć klątwę z ojca Henrym, Jack wyruszy w poszukiwaniu legendarnego Trójzębu Posejdona.

Twórcy najnowszej części gwarantują pełen akcji seans. Ponownie widz jest świadkiem dzikich wojaży z szalonym kapitanem na pokładzie statku oraz niezapomnianych scen humoru na lądzie. Doznaje wielu retrospekcji, fabularnych zaskoczeń, a wszystko to z obsadą znaną i bardziej znaną.

Poza Johnnym Deppem, który pomimo wielu wpadek w ostatnich latach, nadal trzyma poziom, na ekranie epizodycznie możemy oglądać Orlando Blooma, dobrze znanego publiczności z poprzednich części oraz Geoffreya Rusha, w roli Kapitana Barbossa. Do stosunkowo stałej ekipy dołączyła świeża krew w postaci Kayi Scodelario znanej młodszej publiczności z Więźnia labiryntu, czy serialu Skins oraz Brenton Thwaites, którego można było również oglądać w Dawcy pamięci. Strzałem w dziesiątkę jednak okazał się Javier Bardem (z Oscarem i Złota Palmą na koncie) w tytułowej roli Kapitana Salazara, jako niezłomny czarny charakter i totalne przeciwieństwo Sparrowa, skrada każdy kadr.

Piraci z Karaibów pomimo wszechobecnego efekciarstwa i momentami niedopracowania fabularnego prezentują się znakomicie. Fani serii powinni być usatysfakcjonowani po seansie, a nowi widzowie dostaną świetny bodziec, by zapoznać się z wcześniejszymi częściami.



Patrycja Strempel 

środa, 22 marca 2017

Piękna i Bestia (2017)
Reżyseria: Bill Condon
Gatunek: Fantasy, Musical, Romans
Premiera w Polsce: 17 marca 2017


Piękna i Bestia to baśń, która na stałe weszła do kanonu popkultury i stała się inspiracją dla niezliczonych rzesz twórców z całego świata. Szczególnie historię pięknej Belli i zamienionego w potwora księcia upodobali sobie różnego pokroju filmowcy. Ostatnim owocem reżyserskich zmagań z tą opowieścią jest, tytuł nie jest żadnym zaskoczeniem, Piękna i Bestia Billa Condona. Ten amerykański reżyser to twórca zarówno filmów całkiem udanych, jak przebojowe Dreamgirls, jak i takich, których tytułów ceniący się kinomani  nie wymawiają na głos, jak Saga Zmierzch. Przed świtem cz. I i jej kontynuacja. Dlatego też jego nowy film mógł być zarówno baśniowym oczarowanie, jak i bolesnym i kosztownym rozczarowaniem z krainy filmowego kiczu.

Fabuła Pięknej i Bestii znana jest chyba każdemu. To historia młodej i pięknej Belli, która zostaje uwięziona w zamku, którego gospodarzem jest Bestia- książę, na którym ciąży klątwa, która zmieniła go w potwora, a jego służbę w domowe sprzęty. Jest tutaj oczywiście romantyczna relacja od nienawiści do miłości, odrobina napięcia, nieco poczucia humoru i sporo piosenek.

Jeżeli chodzi o fabułę, to ani Bill Condon, ani scenarzyści (a jednym z nich jest Stephen Chbosky, twórca kultowych dla niektórych młodych ludzi powieści i opartego na jej podstawie filmu Charlie) nie wprowadzają nic nowego, nie ma tu żadnych uwspółcześnień czy aluzji. Film cechuje absolutna wierność disnejowskiej animacji z 1991 roku pod tym samym tytułem.

Jak to baśnie w Pięknej i Bestii mamy morał. A właściwie mamy tych morałów kilka. Pierwszy z nich mimo, że najwyraźniejszy to nieco trąci anachronizmem. Bo z jednej strony mówi nam  o tym, że dziewczyna, a potem kobieta może być kim chce. Tak jak Bella, która jest oczytana, inteligentna i za nic ma zaloty przystojnego Gastona, i nie zmienia swoich przekonań mimo opinii większości mieszkańców jej miasteczka, którzy mają ją za dziwaczkę. Z drugiej pokazuje, że prawdziwe szczęście osiągnie i tak dopiero przy boku mężczyzny, a najlepiej u boku księcia wystrojona w piękne suknie.

Nieco lepiej wypada pokazany za pomocą zabawnych, choć stereotypowych wątków, morał, o tym, że każdy ma prawo żyć jak chce i być kim chce. Kolejny mówi o tym że prawdziwe piękno ukryte jest we wnętrzu człowieka i czasem należy dać komuś szansę, aby mógł nam je pokazać. Najlepiej wypada chyba morał pokazujący jak łatwo manipulować tłumem, jak szybko plotka może stać się obowiązującą prawdą obowiązującą i, że nie zawsze to, co mówi większość jest prawdziwą rzeczywistością.


Wrażenie  w filmie robi jego obsada w głównych rolach mamy Emmę Watson, która może nieco irytować tym, że znów gra zanurzoną w książkach nastolatkę, oraz znanego z serialu Downton Abbey i thrillera Gość Dana Stevensa. Prawdziwa parada gwiazd ma tu jednak miejsce na drugim planie. Wystarczy wymienić Ewana McGregora jako Płomyka, Iana McKellena jako Trybika, Emmę Thompson jako panią Imbryk czy Kevina Kline’a jako ojca Belli. Świetni są też Luke Evans jako Gaston, pewny siebie, przystojny i niezbyt inteligentny żołnierz, którego moglibyśmy nazwać celebrytą tamtej rzeczywistości, oraz Jason Gad jako jego przegięty towarzysz Le Fou.

Piękna i Bestia nie jest dziełem odkrywczym ani jeśli chodzi o opowiadaną historię, ani jeśli chodzi o sposób jej opowiadania. Jest to jednak film absolutnie udany pod względem budzenia w widzach emocji i to takich jakie założyli sobie twórcy. Gdy ma być wzruszająco, widzowie czują jak w ich oczach pojawiają się łzy, gdy ma być zabawnie na sali kinowej słychać śmiech, a gdy ma być mrocznie, każdy na Sali czuje niepokój. I tego od Billa Condona mogliby uczyć się inni twórcy kinowych przebojów. Podsumowując Piękna i Bestia to porcja dobrej zabawy dla wszystkich, ale najlepiej będą na jej seansie bawić się młodsi widzowie. 



Daniel Mierzwa 

Za możliwość odkrycia na nowo historii Pięknej i Bestii w technologii IMAX dziękujemy kinu Cinema City Punkt 44 w Katowicach.