wtorek, 31 października 2017

Szklana trumna (2016)
Reżyseria: Haritz Zubillaga  
Gatunek: Thriller
Premiera na świecie: 11 października 2016

Czasem jakiś reżyser ma odwagę wprowadzić coś nowego do kina grozy, nie jest nim jednak debiutant Haritz Zubillaga, bo problemem jego produkcji Szklana trumna, jest dolegliwość, która dręczy większość horrorów i thrillerów - schematyczność i powielanie przez ich twórców zużytych trików na straszenie i budowanie napięcia. Przez to efekt daleki jest od ideału, a nawet przyzwoitej jakości rozrywki.

Główną bohaterką filmu jest Amanda, znana i ceniona aktorka. Wsiada do  luksusowej limuzyny, która ma zawieść ją na prestiżową galę, gdzie ma otrzymać nagrodę. Przejażdżka z szampanem w ramach poczęstunku staję się, jednak gehenną, gdy okazuje się, że samochód jest pułapką, a kierowca doświadczonym sadystą.
Szklana trumna pogrywa z elementami, które znamy z wielu innych filmów o sytuacjach bez wyjścia. Mamy tutaj tajemniczy głoś donoszący się z głośników i wydający budzące moralne opory ofiary polecenia, duszną, klaustrofobiczną atmosferę, wyglądającego niczym z nowoczesnego samolotu wnętrza limuzyny i motyw zemsty za krzywdy sprzed lat. Film jednak przegrywa grę ze sprawdzonymi chwytami, oferując tylko blade podróbki tego, co dobrze już znamy.
Niezbyt dobrze wypada też rola Paoli Bontempi, która robi wszystko, aby jak jedyna przez większość czasu na ekranie postać, przyciągnąć uwagę. Niestety ze względu na słaby scenariusz, całe jej wysiłki znoszą się do wygibasów i wicia się.
Największą wadą filmu i też najcięższym zrzutem jaki można wystosować wobec twórców filmu jest absolutny brak przerażenia podczas jego oglądania. Nie straszy tutaj zupełnie nic, to co mogłoby być upiorne jest zabawne. Zupełnie brak też jakiekolwiek napięcia, Szklana trumna szybko zaczyna się nudzić, a zamiast oczekiwać kolejnych wydarzeń, czekamy jedynie na końcowe napisy.
Szklana trumna to film, który jedynie męczy, nie oferując ani strachu, ani zabawy. A więcej współczucia mamy do siebie, że musimy to oglądać, niż do bohaterki, która została ofiarą sadystycznych porywaczy.


Daniel Mierzwa

niedziela, 29 października 2017

Thor: Ragnarok (2017)
Reżyseria: Taika Waititi
Gatunek: Fantasy, Przygodowy
Premiera w Polsce: 25 października 2017

Twórcy ekranizacji komiksów Marvela nie raz pokazywali, że najważniejsza jest dla nich widowiskowość i efekciarstwo. Po wielu bardziej i mniej udanych produkcjach powracają oni do losów nordyckiego boga piorunów Thora, by z jeszcze większym impetem wejść w mityczny Asgard, pełny nowych bohaterów gwarantujących niezapomniany spektakl fajerwerków. Początkowo przygodę z Thorem rozpoczął Kenneth Branagh – ostatnio widziany w Dunkierce, później Alan Taylor – znany z produkcji Gry o tron, by wreszcie dać szansę Waititiemu - reżyserowi, którego poczucie humoru, dystans oraz wyrazistość postaci od dawna budowały dobre kino, a jego Co robimy w ukryciu do dziś pozostaje na naszej liście najlepszych komedii.


Thor: Ragnarok od pierwszych scen buduje napięcie niczym ostatni Strażnicy galaktyki. Początkowo będący w niekorzystnej sytuacji bóg, w rytmie muzyki musi pokonać zaciekłego przeciwnika, by w glorii chwały powrócić na swoją planetę. Tam okazuje się, że jego dotąd zmarły brat, cudownie zmartwychwstał, a wylewane łzy i rozpacz okazały się niepotrzebne. Razem z wielkim come backiem Lokiego wracają niestety również problemy i nowy przeciwnikiem, którym okazuje się dawno zapomniana bogini Śmierci – Hela, która czerpiąc moc z Asgardu będzie chciała zawładnąć Wszechświatem. Pozbawiony swojego potężnego młota Thor zostaje uwięziony w odległej części Wszechświata, gdzie zmuszony zostaje do pojedynków gladiatorów, a jego pierwszym przeciwnikiem okazuje niezwyciężony Hulk – ulubieniec Arcymistrza oraz tłumów. W obliczu zagłady swojej planety bohater będzie musiał znaleźć sojuszników, którzy pomogą mu z walce z wymagającym przeciwnikiem, tym bardziej, że nadchodzi Ragnarok – mityczny koniec Asgardu i bogów.

Podczas seansu ma się wrażenie, że wszystko idealnie do siebie pasuje. Motywy muzyczne lat 80., które ostatnio staja się coraz popularniejsze w komiksowych ekranizacjach, w doskonały sposób podkreślają humor bohaterów. Zresztą całość produkcji zbudowana jest z gagów, czy komediowych popisów aktorów, w których odczuwalny jest dystans twórców do tego mitycznego świat. Wprowadzają oni również wiele nawiązań do innych produkcji Marvela, które pozwalają na osadzenie wydarzeń w odpowiednim czasie filmów uniwersum, puszczają również śmiało oko do wytrwałych widzów, którym nie straszne jest oczekiwanie na sceny po napisach.


Pozytywnie wypadają również aktorskie kreacje. Chris Hemsworth świetnie radzi sobie z bardziej komediowym obliczem, krótszymi włosami i mniejszą liczbą minut na ekranie, które zdecydowanie kradnie Tom Hiddleston jako Loki – powraca on w wielkim stylu, kolejny raz pokazując postać goniącego za okazjami i przekupnego rodzinnego błazna. Pozytywnie wypada także Oscarowa Cate Blanchett, z klasą i mrokiem w oczach jako Hela dąży do zawładnięcia światem, nie zapominając przy tym o złowieszczym uśmiechu. Bezbłędnie prezentuje się również sam reżyser, który użycza głosu kamiennemu kosmicie imieniem Korg, a wypowiadane przez bohatera dialogi to śmiały uśmiech w stronę widowni zainteresowanej poprzednimi produkcjami reżysera.

Thor: Ragnarok to kino rozrywkowe w czystej postaci, będące zarówno świetną kontynuacją, jak i podstawą do kolejnych superbohaterskich produkcji. Film pełen spektakularnych pojedynków, zabawnych, nieprzesadzonych dialogów i wizualnie perfekcyjnych miejsc. Kino nie pozbawione dystansu z efektami, które zdecydowanie robią wrażenie na dużym ekranie.


Patrycja Strempel












Za możliwość odwiedzenia mitycznego Asgardu dziękujemy kinu IMAX Cinema City Punkt 44 w Katowicach.

sobota, 28 października 2017

Patti Cake$ (2017)
Reżyseria: Geremy Jasper
Gatunek: Dramat
Premiera w Polsce: 20 października 2017

Nigdy nie wiadomo czego oczekiwać po reżyserskich debiutach. Jednak kino lubi zaskakiwać, a szczególnie te spod znaku festiwalu Sundance, który często pokazuje znakomite perełki warte uwagi. Podobnie jest i tym razem, a Geremy Jasper i jego świeżutka produkcja Patti Cake$ to kino niezależne wysokiej klasy.


Reżyser pokazuje z pozoru prostą historię dziewczyny, która wyjątkowo sprawnie radzi sobie ze składaniem rymów. Pozbawiona perspektyw do lepszego życia egzystuje w New Jersey wraz z niespełnioną muzycznie matką – pijaczką – fryzjerką oraz unieruchomioną z powodu choroby babcią z ochrypniętym głosem i ciętym językiem. W wieku 23 lat jej największym osiągnięciem jest praca w podrzędnym barze, co jednak nie wiąże się z wysokimi dochodami. Bohaterka natomiast pragnie spełniać się na scenie i jako królowa rapu zawładnąć całym rynkiem muzycznym. Nabiera pewności co do swoich umiejętności, gdy bez problemu niszczy konkurencje podczas jednej z freestylowych bitew. Razem ze starym przyjacielem Jheri, dopiero co poznanym ekscentrycznym Basterdem oraz babcią zakłada zespół, chcąc ruszyć za swoimi marzeniami, osiągnąć muzyczny szczyt obok swojego idola rapera O-Z.

Film ten prezentuje się świetnie od strony muzycznej. Teksty piosenek, będące czasami dialogami świetnie wybrzmiewają z ust Patricii Dombrowski, a jej energia i flow czuć jeszcze długo po seansie. Twórcy sprawnie łączą tu hip-hopowe bity zarówno z popularnymi radiowymi utworami, jak i piosenkami wykonywanymi przez matkę bohaterki. Pokazują marzenia, które nigdy nie zostały spełnione oraz te, które dopiero się kreują, przez co wprowadzają widza w pełen emocjonalności świat bohaterów, którym zdecydowanie chce się kibicować.

Jasnym punktem filmu na pewno jest Danielle Macdonald w roli tytułowej a.k.a. Patti Cake$, a.k.a. Killa P. Kreacja jej postaci jest świetnym połączeniem marzycielstwa z obawami. Dobrze odnajduje się ona w dosyć ekscentrycznej stylistyce, a przy tym rapem porywa tłumy. Brawa należą się również Bridget Everett (niedawno jeszcze paradowała w kostiumie jednorożca i miała wychodne razem z innymi mamuśkami), teraz jako Barb – matka głównej bohaterki, świetnie prezentuje się na scenie i w domowym anturażu bynajmniej niespokojnym.  

Patti Cake$ to porywająca opowieść, która w odpowiednich momentach zaraża optymizmem, by w innych wzruszać i kierować w stronę nostalgii. Festiwalowe kino spod znaku spełnionych marzeń z obskurnymi amerykańskimi ulicami w tle i bezbłędnymi rymami.




Patrycja Strempel



piątek, 27 października 2017

Ach śpij kochanie (2017)
Reżyseria: Krzysztof Lang
Gatunek: Kryminał
Premiera w Polsce: 20 października 2017

Polskie kino kryminalne nabrało rozpędu. Dopiero co na ekranach oglądaliśmy Jestem mordercą, teraz już film Krzysztofa Langa - Ach spij kochanie. Kolejne morderstwa i realia polskiego społeczeństwa z dawnych lat oglądamy coraz chętniej, jednak czy kino to ma jakikolwiek znak jakości?!


Ach śpij kochanie to historia związana z wydarzeniami, które miały miejsce w Krakowie w 1955 roku. W mieście i okolicach od kilku lat ginęli ludzie, jednak dopiero gdy młody śledczy Karski interesuje się sprawą udaje mu się połączyć ze sobą te zgony i znaleźć prawdopodobnie winnego. Okazuje się nim Władysław Mazurkiewicz – Piękny Władek, który cieszy się wielką popularnością na salonach, a jego liczne znajomości i powiązania sprawiają, że jest on prawie nietykalny. W toku dochodzenia, gdy milicjant znajduje się coraz bliżej prawdy, otoczenie staje się mniej przychylne. Znikają dowody, a przełożeni namawiają go do porzucenia śledztwa, wszystko okazuje się być ze sobą powiązane, a wyszukany styl, maniery i wielkie pieniądze oskarżonego kreują go na eleganckiego mordercę.

Przedstawiona przez twórców historia zdecydowanie miała ogromny potencjał. Przedstawia obraz zbrodniarza prawie doskonałego, jednak jego tożsamość znana jest już od pierwszych minut. Nie mamy tutaj żadnych zaskoczeń, budowania napięcia i emocji towarzyszących przy rozwiązywaniu zagadki razem z Karskim. Otrzymujemy pospolite kino, ewidentnie o zbrodni i karze, momentami z politycznymi grami, które pokazują brutalność systemu, czy znajomości.

Bez większego szału na ekranie również prezentuje się obsada. Pomimo, że spotykamy tu takie nazwiska jak Chyra w roli Pięknego Władka, Linda jako pełen cynizmu Major Olszowy, czy Jakubik jako pomocnik Karskiego (Schuchardt). Nikt nie zachwyca, a wręcz prezentują odtwórcze role, za wszelką cenę starają się wykreować postaci na styl zachodniego, czy klasycznego kina, jednak bezskutecznie.

Ach śpij kochanie to pozbawiony odpowiedniego tempa kryminał, historia pseudo kryminalna, która przeradza się w polityczny dramat. Zdecydowanie niewykorzystany potencjał postaci, której życiorys mógłby wykreować naprawdę dobre kino.


Patrycja Strempel


czwartek, 26 października 2017

Po tamtej stronie (2017)
Reżyseria: Aki Kaurismaki 
Gatunek: Dramat, Komedia 
Premiera w Polsce: 27 października 2017

Kryzys migracyjny  i związane z nim dylematy od dłuższego czasu już pojawiają się w mediach, gdzie przedstawiane są różnorakie spojrzenia na ten problem. Wystarczyło tylko poczekać aż temat uchodźców pojawi się w filmach. I tak było na Berlinale w 2016, gdzie Złotego Lwa zdobył włoski mistrz kina dokumentalnego Gianfranco Rosi za Fuocoammare. Ogień na morzu. Na początku tego roku do Berlina z filmem na temat problemu uchodźców przyjechał kolejny mistrz współczesnego kina, tym razem z drugiego końca Europy- Aki Kaurismaki. Teraz jego Po drugiej stronie możemy obejrzeć w naszych kinach.

Główny bohater filmu wyłania się z załadowanej na statku góry węgla i tak umorusany czarnym pyłem schodni na ląd, który jak szybko się dowiadujemy jest Finlandią. Chcą strać się o azyl od razu zmierza się biurokracją, którą przestawiają tutaj policjanci i pracownicy ośrodka dla uchodźców, wszyscy uprzejmi, rzeczowi i bez ani jednej emocji na twarzy. Khaled, bo tak na imię ma uciekinier ze zrujnowanego przez wojnę syryjskiego Aleppo, nie jest jedynym bohaterem filmu. Równolegle śledzimy losy Waldemar Wikstroma, który znudzony dotychczasowym życiem porzuca żonę i pracę, i postanawia kupić i prowadzić restaurację. Losy obu mężczyzn szybko jednak się skrzyżują, a między nimi narodzi się przyjaźń.
Aki Kaurismaki to doświadczony reżyser, który jak mało kto potrafi opowiadać historie. Mamy tutaj jego specyficzny styl, sporo czarnego humoru i poczucie lekkiego oderwania historii od rzeczywistości, co potęguję obraz nakręcony analogową kamerą nadający kadrom lekkiego rozmycia. Oglądając Po tamtej stronie od razu widzimy też jakie poglądy na sprawę uchodźców z opętanej wojną Syrii ma reżyser, ale swoje poglądy prezentuje z klasą, nawet, gdy pokazuje coś w sposób stereotypowy czy przerysowany, czuć, że nie narzuca swoje wizji widzom, a chce nawiązać z nimi dialog. Dość krytycznie pokazuje też swój kraj. W jego filmie Finlandia jest ojczyzną dziwaków, którzy jednak zawsze, gdy trzeba wykazują się życzliwością i otwartością, a winne raczej są okrutne, przez swoje sztywne trzymanie się zasad,  państwowe instytucje. Ale to nie tylko one odpowiadają za panujący na ekranie chłód, bo buduje go też gra obsady. Aktorzy i aktorki grają praktycznie bez uczuć nawet podczas bardzo wzruszających, zabawnych czy czasem wręcz surrealistycznych scen. W końcu to emocje mają czuć widzowie, a tak jak Kaurismaki nie narzuca nam swoich poglądów, tak też nie mówi nam, co mamy czuć.
Po tamtej stronie to film będący wyraźnym głosem w sprawie sytuacji uchodźców z Bliskiego Wschodu. Aki Kaurismaki ma w tej sprawie jasne poglądy i głośno wyraża je w swoim nowym obrazie, ale z klasą jakiej mogliby się uczyć uczestnicy politycznej debaty na ten temat w całej Europie.


Daniel Mierzwa 

środa, 25 października 2017

Pomiędzy nami góry (2017)
Reżyseria: Hany Abu-Assad
Gatunek: Dramat
Premiera w Polsce: 20 października 2017

Survivalowa przygoda w górach z Kate Winslet w głównej roli nie mogła się nie udać. Jednak już od pierwszy scen twórcy uświadczają nas w przekonaniu, że widz dostanie pozbawiony dobrego scenariusza i charakteru dramat, z nudą wiejącą niczym wiatr na szczycie góry.


Pomiędzy nami góry to nieskomplikowana historia o dwójce obcych sobie osobób. Spotykają się na lotnisku, gdzie dowiadują się, że ze względu na panujące warunki pogodowe ich lot został odwołany. Ben jest neurochirurgiem i spieszy się, by przeprowadzić ważną operację, natomiast Alex to dziennikarka, która na następny dzień ma zaplanowany ślub. Dzięki zaradności Alex wynajmują niewielki samolot, by jak najszybciej dotrzeć na miejsce. Podczas lotu samolot ulega jednak wypadkowi, a bohaterowie pozostają sami sobie na szczycie góry. Gdy dochodzą do wniosku, że pomoc nie nadejdzie, zmuszeni są ruszyć w pełną niebezpieczeństwa drogę, co zdecydowanie ich do siebie zbliża.

Pomimo, że głównie akcja filmu rozgrywa się na otwartej przestrzeni jest on bardzo klaustrofobiczny. Głównie zapewne ze względu na ograniczenie się do dwóch postaci, które pomimo, że tak od siebie odmienne w obliczu zagrożenia muszą współpracować. Całość historii wydaje się być absurdalnie zabawna – dociekliwa dziennikarka łamie nogę mając koło siebie lekarza, który poza swoimi umiejętnościami w plecaku kryje całe biwakowe wyposażenie.  Śmiesznie prezentują się również górskie krajobrazy, z których ewidentnie bije efekciarski styl, w którym za grosz realizmu. Leży również scenariusz, który pomimo, że na postawie książki marnie się sprawdza, a dialogi są nużące i brak w nich jakiejkolwiek emocjonalności. Największe brawa należą się chyba psiemu aktorowi, który dobrze czynił ciągle uciekając od bohaterów, czworonóg wiedział co robi, na jego nieszczęście żadna z ucieczek nie zakończyła się stu procentowym sukcesem.

Aktorsko film wypada miernie. Od produkcji, w której główną rolę gra Oscarowa Kate Winslet zdecydowanie więcej się wymaga. Tymczasem jej bohaterka wraz z mnóstwem pytań jest denerwująca. Podobnie, jak towarzyszący jej Idris Elba – wcześniej w długim płaszczu jako Roland ratował Mroczną wieżę, teraz w bardzo podobnym, jako lekarz niezdarnie ratuje sytuację. Podobno z biegiem wydarzeń między bohaterami dochodzi do zbliżenia, jednak dystans i brak chemii jest ciągle widoczny.

Pomiędzy nami góry to prosta historia z ograniczonym scenariuszem i cukierkowym zakończeniem. Brak w nim charakteru, emocji i widowiskowości na co mógłby wskazywać temat, oferuje natomiast przeźroczystych bohaterów, przez których oglądamy śnieżne, wygenerowane komputerowo szczyty, z których pozostaje rzucać się po seansie.


Patrycja Strempel


wtorek, 24 października 2017

Nasz najlepszy rok (2017)
Reżyseria: Cédric Klapisch
Gatunek: Dramat, Komedia
Premiera w Polsce: 13 października 2017

Francja oraz wino wydają się nierozłącznymi elementami nawet na kinowych ekranach. Wystarczy do tego dodać wątek niespokojnego dzieciństwa, konfliktu rodzinnego, czy odrobinę miłości i powstaje pełnometrażowy film, którego ostateczną zaletą okazują się jednak krajobrazy.


Nasz najlepszy rok pokazuje spokojne życie w regionie Burgundii. Gdy po dziesięciu latach do domu powraca najstarszy syn, wracają wspomnienia z dzieciństwa każdego z trójki rodzeństwa. Z kolei wydarzeń odkrywamy, że matka ich nie żyje od kilku lat, a ojciec pozostaje w szpitalu. Najstarszy Jean w rodzinnym domu poza uporaniem się z obecnymi problemami musi zmierzyć się również z upadającym małżeństwem i winnicami na drugim końcu świata. Starając się uciec od australijskich problemów bohater wspiera siostrę - Juliette w prowadzeniu winnic, która po śmierci ojca musi odnaleźć się w roli zarządczyni i szefowej rodzinnego przedsiębiorstwa. Problemy nie opuszczają również najmłodszego brata Jeremiego, który po ślubie musi radzić sobie z apodyktycznym i wymagającym teściem.

Akcja filmu pokazuje rok zmian, jakie zachodzą zarówno w winnicach, czy krajobrazie, ale przede wszystkim w bohaterach. Ich emocjonalne dojrzewanie, czy godzenie się z obecną sytuacją. Nie zabrakło również chwil na momenty retrospekcji i pokazania, jak kiedyś wspólnie radowali się ze spędzanego czasu, czy wymagającego ojca, jako uzasadnienia ucieczki najstarszego syna. Produkcja ta zdecydowanie pełna jest emocji, pokazuje siłę jaką daje rodzina, a przy tym nie oszczędza głównych bohaterów.

Wizualnie film wypada bardzo dobrze. Każda ze scen pomimo, że momentami już przesycona kolorami wprowadza odpowiedni nastrój odzwierciedlający emocje bohaterów. Pojawiają się momenty zadumy, czy śmiechu. Wprawdzie zabawnych sytuacji nie uświadczymy tu zbyt wielu, jednak jeśli już się śmiać to w charakterystycznym dla francuzów stylu. Zadowalająca jest również obsada, która świetnie pokazuje łączące ich więzi, dobrze odnajdują się podczas pracy w winnicy, czy codziennych obowiązkach.

Nasz najlepszy rok prezentuje spokojny obraz francuskich winnic. Czas płynie tam zdecydowanie wolniej, a wszystko obraca się wokół winorośli. Bohaterowie nie mają czasu na nudę, jednak momentami pozwolić mogą sobie na nią widzowie podczas seansu, oglądając przy tym widoki niczym z wycieczkowych katalogów reklamowych.



Patrycja Strempel 

poniedziałek, 23 października 2017

A Ghost Story (2017)
Reżyseria: David Lowery
Gatunek: Dramat, Fantasy, Romans
Premiera w Polsce: 27 października 2017

Filmy o duchach zwykle należą do najbardziej przerażających horrorów. A takie dzieła jak Krąg czy Klątwa wielu widzom śniły się jeszcze sporo czasu po seansie, a po obejrzeniu Paranormal Activity mało komu udaje się zachować pełnię spokoju, gdy w jego domu trzaskają drzwi. Dlatego chyba każdy będzie zaskoczony tym, co w filmie A Ghost Story przygotował dla widzów David Lowery.

Początek filmu to studium życia małżeństwa. Bohaterowie raczej wiele nie mówią, o wszystkim decydują drobne gesty, często pełne czułości. Sielanki nie obserwujemy długo, ponieważ mężczyzna ginie w wypadku samochodowym. Koniec życia nie jest jednak końcem jego perypetii. Jako duch wystrojony w prześcieradło powraca do swojego domu i próbuje nawiązać kontakt z cierpiącą i pogrążoną w żałobie żoną. Jest jednak niewidoczny, a próby skontaktowania się z nią spełzają na niczym, a kobieta próbuje rozpocząć nowe życie. Później jego dawny dom zmienia właścicieli, ale duch wciąż pozostaje jego lokatorem
Ktokolwiek spodziewa się, że  A Ghost Story jest horrorem, będzie poważnie rozczarowany. Bo choć reżyser każe swojemu bohaterowi wykonywać sztuczki, do których przyzwyczaiły nas filmowe duchy, to tutaj są one gestem rozpaczy umarłego, a nie sposobem na uprzykrzanie egzystencji żywym. Sam film ani przez moment nie straszy, a jest pełną smutku opowieścią o utracie i przemijaniu. Nostalgiczny charakter opowieści podkreślają długie ujęcia pełne szarego światła oraz mistrzowska muzyka Daniela Harta, który naprawdę stworzył jedną z najlepszych ścieżek dźwiękowych od wielu lat. Nastrój filmu potęguje też gra dwójki aktorów w głównych rolach, którzy świetnie odnajdują się w jego posępnej atmosferze. Ale to w końcu Casey Affleck, który mistrzowsko odgrywa pełne melancholii postaci, a towarzyszy mu Rooney Mara, która gra bardzo subtelnie, ale kipi od emocji.

A Ghost Story to fascynujące filmowe przeżycie, które prostym językiem i za pomocą skromnych środków w przejmujący sposób mówi o rzeczach najważniejszych. 


Daniel Mierzwa

niedziela, 22 października 2017

Geostorm (2017)
Reżyseria: Dean Devlin
Gatunek: Katastroficzny
Premiera w Polsce: 20 października 2017

Katastrofy ekologiczne przepowiada coraz więcej filmów. Tornada, czy wielkie fale tsunami twórcy zapowiadają niczym telewizyjne stacje pogodowe, zwykle pokazując, że nie ma co się starać i tak przetrwa jedna rodzina lub grupka bogaczy, która zdąży dotrzeć na magiczną arkę ratunkową. Podobne przesłanie ma również najnowszy film Deana Devlina, twórcy scenariuszy Gwiezdnych wrót, czy Dnia Niepodległości. Reżyser jednak idzie o krok dalej i łączy klasyczne katastrofy z satelitą w kosmosie i globalnym spiskiem, utwierdzając nas jedynie w przekonaniu, że tylko Stany Zjednoczone mogą rozwiązać wszelkie problemy współczesnego świata.


Fabuła filmu Geostorm początkowo wydaje się interesująca. Zapowiada się jako akceptowalne kino katastroficzne, w którym wybuchy i kolejne upadające cywilizacje zapewnią rozrywkę podczas seansu. Jednak od początku... Film ten to głównie Jake Lawson – wybitny inżynier, który wraz z międzynarodowym zespołem podjął się budowy sieci satelitów, które mają powstrzymywać postępujące klęski żywiołowe na świecie. Oczywiście za koleją rzeczy idzie konflikt z bratem, który ogranicza jego dostęp do projektu, na szczęście przez lata stacja funkcjonuje prawidłowo, do czasu gdy niespodziewanie maszyna buntuje się, a Jake wraca do łask i wysłany w kosmos stara się naprawić sytuację. W tym samym czasie brat „superbohatera” Max na Ziemi będzie starał się odkryć, kto z wysoko postawionych urzędników odpowiada za ten spisek, a po godzinach ukrywać swój związek z agentką Secret Service. Jak zwykle rozpoczyna się wyścig z czasem, a wielki zegar na ekranie odlicza kolejne minuty do światowej zagłady. Na domiar złego, poza światem do destrukcji ma również dojść na stacji kosmicznej, która była domem dla międzynarodowej społeczności, jednak nie należy zapominać, że na początku nasz główny bohater obiecał córce, że wróci!

Twórcy prezentując takie filmy sprawiają, że gorzej widzimy. Nie oferują żadnych nowości, a jedynie bardziej kosmiczną wersję San Andreas, czy innego Pojutrze. Wprowadzają bałagan, przez nadmierną ilość pobocznych wątków i postaci, bo przecież każdy chce mieć swój udział w zbawianiu świata. Tworzą swoistą parodię naukowców, a przy tym popadają w schematy i nadmierną emocjonalność. Zarzucają widza efektami, martwymi ciałami i fabularnymi brakami.

Geostorm w całej swojej widowiskowości świetnie pokazuje schematy, jakimi rządzi kino. W każdej ze scen doświadczamy wymuszonego poszukiwania nowości, jednak przy tym popada w odtwórczość, z denerwującym głosem młodej narratorki, który niczym klamra otwiera i zamyka ten pełen chaosu świat.


Patrycja Strempel

sobota, 21 października 2017

Człowiek z magicznym pudełkiem
Reżyseria: Bodo Kox
Gatunek: Romans, Sci-fi
Premiera w Polsce: 20 października 2017

Bodo Kox jest jedną z najciekawszych postaci polskiego kina. To twórca, który dzięki swoim aktorskim i reżyserskim sukcesom w świecie kina niezależnego pewnym krokiem wszedł do głównego nurtu polskiej kinematografii kręcąc daleki od wybitności i przeciętności komediodramat Dziewczyna z szafy. Teraz możemy przekonać się jakie jest jego nowe dzieło – Człowiek z magicznym pudełkiem.
Warszawa, rok 2033. Goria pracuje w korporacji w najwyższym ze stołecznych biurowców i,choć pochodzą z dwóch różnych światów, zakochuje się w Adamie, nowym sprzątaczu, który przybył nie wiadomo skąd. Rzeczywistość Gorii to szklane domy warszawskiego zagłębia biurowców, właściwie nie wiemy, gdzie mieszka, być może całe dni spędza w pracy. Adam zamieszkuje opuszczoną kamienicę w zrujnowanej dzielnicy, przy której najgorsze zakątki Wałbrzycha to piękne okolice. Okazuje się jednak, że kochankowie nie pochodzą tylko z różnych światów, ale też z różnych epok, co niczego nie ułatwia w ich relacji.
Człowiek z magicznym pudełkiem to film, który ponownie odkrywa, że może istnieć coś takiego jak polskie kino sci-fi. I choć często futurystyczne elementy zastosowane w tym filmie wydają się przaśne, bo przyszłość to po prostu srebrne stroje i jeszcze więcej śmieci niż dziś, to można potraktować to jako manifest twórcy – w jego przekonaniu przyszłość, zwłaszcza ta niedaleka, to nie będzie czas wielkich technologicznych przełomów, podróży w kosmos i leku na raka, ale czas jeszcze większego społecznego rozwarstwienia, pożerającego kolejnych pracowników kapitalizmu i chipów pod skórą.

Nieco więcej można by oczekiwać po romantycznym wątku. Bo miłość Gorii i Adama, który jak się okaże nie zawsze i nie dla wszystkich był i jest Adamem, ponad podziałam, czasem i przestrzenią jest jednym z najciekawszych romansów w polskim kinie, jeśli nie w ogóle, to ostatnich lat. Co być może jest zasługą świetnie dobranej obsady, która wyciąga, co tylko się da ze swoich postaci, a nie scenariusza.  Olga Bołądź w roli zimnej pracownicy korporacji przyszłości, choć może irytować, wypada przekonująco nawet w scenach, w których bohaterka dochodzi do krawędzi swojej wytrzymałości i bólu. Wielkim odkryciem dla wielkiego ekranu jest Piotr Polak w roli Adama, ten świetny aktor teatralny z kilkoma mistrzowskimi występami w filmach krótkometrażowych na koncie, ogrywa znacznie bardziej doświadczonych z pracą na planie filmowym aktorów. Udane epizody zaliczają tutaj też Helena Norowicz, Agata Buzek i Arkadiusz Jakubik. Choć najciekawsza jest chyba rola krążącego na drugim planie Sebastiana Stankiewicza jako Bernarda. Początkowo jego gra wydaje się sztuczna, a postać budzi niepokój i niechęć, ale gdy poznajemy prawdę o jego bohaterze, okazuje się to naprawdę trafioną kreacją. 
Każdego kinomana ucieszą też liczne zapożyczenia i aluzje w filmie, bo mamy tutaj sporo nawiązań do klasyki kina i to nie tylko sci-fi, jest też parę zabawnych mrugnięć okiem do widza (ach, te nieeleganckie napisy na drzwiach wind) i kilka uroczych, mniej lub bardziej starych piosenek. Ale nie tylko złote przeboje tworzą soundtrack tego filmu. Bo jest też znakomita muzyka Sandro Di Stefano, która idealnie podkreśla pełną melancholii atmosferę filmu i nie ma się, co dziwić, że wyjechał on z Gdyni z nagrodą. 
Człowiek z magicznym pudełkiem to film, który przypomina poprzedni obraz Bodo Koxa. Znów dostajemy od niego porcję autorskich pomysłów z dobrymi rolami, nadal jednak czegoś brakuje by było znakomicie. Ale do kina i tak wybrać się warto, bo jak często mamy okazję zobaczyć polskie sci-fi?


Za możliwość poznania tajemnicy magicznego pudełka dziękujemy kinu Cinema City Punkt 44 w Katowicach.

Daniel Mierzwa 

czwartek, 19 października 2017

Wszyscy moi mężczyźni (2017)
Reżyseria: Hallie Meyers-Shyer
Gatunek: Komedia rom.
Premiera w Polsce: 6 października 2017

Utopijne, pełne cukierkowego stylu komedie romantyczne to jedne z przewodnich gatunków Hollywood. W prezentowaniu odpowiedniego poziomu często nie pomaga nawet angaż Oscarowych gwiazd, bo produkcje te stały się już pospolite i przewidywalne, więc nawet pretekst spędzenia miło czasu nie przekonuje do ich wyboru.


Debiut reżyserki Hallie Meyers-Shyer mógł wydawać się obiecujący. Głównie przez fakt, że jako córka Nancy Meyers - reżyserki i scenarzystki takich romantycznych filmowych hitów jak To skomplikowane, Holiday, czy Lepiej późno niż później powinna wiedzieć, jak dobrze poprowadzić film, żeby widza nie zanudzić i dać od siebie coś więcej niż tylko kolorowe obrazki na ekranie. Ponadto występ w filmie laureatki Oscara Reese Witherspoon, która nie raz pokazywała styl w podobnych produkcjach, mógł zwiastować akceptowalne kino. Do końca tak się jednak nie stało, a film Wszyscy moi mężczyźni to przeciętna komedia z akcją w LA, gdzie paradoksalnie marzenia się spełniają.

Film ten to historia Alice - matki dwóch córek, będącej w separacji przez co powraca do swojego rodzinnego domu w Los Angeles i tam świętuje swoje 40. urodziny. Podczas imprezy poznaje trzech młodych mężczyzn, którzy przyjechali do miasta, jak się można domyślać, spełniać swoje marzenia. Jako początkujący filmowcy zostali zauważani na jednym z festiwali otrzymując propozycje dalszej współpracy, jednak, jak się można było spodziewać, pozbawieni są środków do życia, jednak w tym momencie z pomocą rusza im dojrzała matka i proponuje czasowe zamieszkanie u siebie. Od tej pory Alice, wbrew własnemu rozsądkowi, wraz z chłopakami zamieszkuje pod jednym dachem, co okazuje się mieć nawet zalety. Sprawy się jednak komplikują, gdy niespodziewanie przyjeżdża jej były mąż, który zrobi wszystko, by ratować ich związek i odzyskać Alice.

W całości tych damsko-męskich komplikacji jest chwila na uśmiech, trochę też na smutek i nieporozumienia. Z pozoru niedojrzali panowie okazują się sporą pomocą dla bohaterki, dzięki czemu nawiązuje się miedzy mini poważniejsza relacja, bynajmniej momentami nie przyjacielska. Te same zainteresowania, Alice również uwielbia kino, a jej ojcem był znany reżyser, sprawiają, że bohaterowie odnajdują wspólny język i pomimo różnicy wieku dogadują się znakomicie.

W filmie zdecydowanie doświadczamy przesycenia wątkami, przez co staje się momentami nieco chaotyczny. Widoczne staje się również niezdecydowanie twórców, jak ostatecznie poprowadzić historię. Na szczęście na ekranie dobrze wypada Reese Witherspoon wprawdzie już nie jako szalona dziewczyna niczym z Legalnej blondynki, a raczej pełna schematów, jednak z uśmiechem, dojrzała kobieta z rodzicielskimi obowiązkami.

Wszyscy moi mężczyźni to poprawna komedia, której jednak brak polotu, nadrabia to natomiast rodzinnością i przerysowaniem.  Pełna słodyczy produkcja wprost z krainy snów, szybka do zobaczenia i zapomnienia.


Patrycja Strempel


poniedziałek, 16 października 2017

Emotki. Film (2017)
Reżyseria: Tony Leondis
Gatunek: Animacja, Komedia
Premiera w Polsce: 13 października 2017

Obecnie młodzież bez wątpienia jest bezwzględnie zapatrzona w swoje telefony. Przestały one służyć nam już tylko do dzwonienia, czy wysyłania wiadomości,  teraz to swoiste centra rozrywki, które zbierają o nas przerażające ilości informacji. W ten technologiczny świat pozwalają nam wejść  twórcy animacji Emotki. Film serwując przy tym młodszym widzom kolorowy, niezrozumiały świat aplikacji, starszym natomiast pozbawioną dobrego humoru produkcję, pełną chaosu i fabularnych nieporozumień.

Emotki to prawdopodobnie jedno z większych, animacyjnych rozczarowań roku. Już oglądając sam zwiastun nie mogliśmy oczekiwać fajerwerków, a rozpoczynając seans filmu jest jeszcze gorzej. Twórcy zabierają nas w podróż po aplikacjach w telefonie rozchwianego emocjonalnie chłopaka. Najważniejszą z nich, jak się okazuje, jest komunikator, i to w nim ukryte jest miasto Tekstopolis. Zamieszkują je emotki, które pracują tam, a ich głównym zadaniem jest okazywanie określonych emocji. Problemy zaczynają się, gdy emotka Minek odkrywa swoją możliwość pokazywania wszystkich wrażeń, tym samym Alex uważa swój smartphone za zepsuty i chce wyczyścić jego pamięć. Minek wraz z nowo poznanym kumpel Piąteczką i hakerką Matrix wyruszą w bezsensowną podróż przez aplikacje, by dostać się do chmury i zapobiec tragedii.

Całość animacji poza tym, że pozbawiona jest sensu, nudzi. Bohaterowi ciągle próbują żartować, jednak wszelkie dialogi pozbawione są polotu i smaku. Momentami ma się również wrażenie, że film ten powstał tylko, by zareklamować kilka, ostatnio będących na topie, aplikacji. Animacja wydaje się być wręcz infantylna, a nie ratuje jej nawet przeciętna grafika.

Emotki. Film to ciężka do zdefiniowania pozycja, która pogrąża się z każdą minutą. Animacja pełna złych i gorszych momentów, zdecydowanie nieodpowiednich, bo niezrozumiałych, dla młodych widzów. Opowieść z pseudo morałem, która za wszelką cenę próbuje udowodnić swoją fabularną wyższość kilkoma nawiązaniami i aluzjami. W tym przypadku swoje zażenowanie i rozczarowanie ciężko ująć w słowa, lepiej je pokazać: 🙈🙉🙊


Patrycja Strempel

niedziela, 15 października 2017

Photon (2017)
Reżyseria: Norman Leto
Gatunek: Dramat, Sci-fi 
Premiera w Polsce: 6 października 2017



Konkurs Inne Spojrzenie miał wprowadzić na FPFF w Gdyni filmy oryginalne zarówno pod względem treści, jak i formy. I choć wiele osób ma zastrzeżenia czy do końca się to udaje, to rzeczywiście jest to konkurs, w którym swoje dzieła pokazać mogą twórcy poruszający inne tematy niż rozmowy Polaków po alkoholu, patologie polskiej prowincji i biografie postaci mniej lub bardziej wyklętych. Dlatego zupełnie nie dziwi, że miejsce znalazł tam Photon Normana Leto.
Jest to filmowa wyprawa przez rozmowę- wykład fikcyjnego naukowca odgrywanego przez Andrzej Chyrę, bo w polskim kinie nawet inne spojrzenie to właśnie spojrzenie na tego aktora. Poruszane są tematy od powstania materii i znanych zjawisk fizyki, przez biologiczny cel istnienia ludzi, po odważne wizje przyszłości. Obserwujemy procesy jakie ukształtowały znany nam Wszechświat, skomplikowane, ale piękne zjawiska wewnątrz komórek i ich następstwa w skali mikro i makro, poruszając tematy dotyczące rzeczy tak wielkich, że nie jesteśmy w stanie ich ogarnąć, po tak niewielkie, że nawet najnowsze technologię nie są w stanie ich dla nas uchwycić.
Wszystko okraszone jest imponującymi obrazami, scenami z życia i grafikami w eleganckim i prostym stylu filmów z początków Wytwórni Dokumentalnych i Fabularnych. Reżyser z gracją lawiruje w Photonie między sztuką, a scenami i problemami z życia wziętymi, starannie unikając stylu programów i filmów popularnonaukowych jakie znamy z telewizji, pełnego patosu i efekciarstwa. Choć może pod tym względem nieco słabiej wypada ostatnia część dotycząca wizji przyszłości, sam bohater mówi jednak, że takie prognozy nie mają sensu, więc można potraktować to jako pewną intelektualną zabawę i cieszyć się, że skoro kino fabularne w Polsce starannie unika wyobrażania sobie tego, co nadejdzie, robi to chociaż kino popularnonaukowe.

Photon stanowi idealne wyważenie proporcji między nauką a sztuką, stanowiąc wykwintną ucztę zarówno dla szukających estetycznych wrażeń, jak i tych, którzy stawiają na intelektualne wyzwania. 


Daniel Mierzwa

sobota, 14 października 2017

Krucyfiks (2017)
Reżyseria: Xavier Gens
Gatunek: Horror 
Premiera w Polsce: 13 października 2017

Wyjście do kina na horror często jest jedynie przyjemnością dla masochistów, co spowodowane jest ogromną ilość złych i wtórnych filmideł. Ich scenariusze różnią się jedynie tytułem, a reżyserami są twórcy, którzy do wyboru mają albo nakręcenie tego filmu, albo udanie się po zasiłek dla bezrobotnych. Tak też jest z horrorem Krucyfiks.

Nicole Rawlins jest młodą dziennikarką, która zainspirowana usłyszaną historią skazanego za zabójstwo księdza, którego ofiara zmarła podczas egzorcyzmów i kierowana swoim żalem po śmierci matki (o czym zostajemy poinformowani już w jednej z pierwszych scen, bo przecież widz nie jest od tego, aby czegokolwiek o psychice i motywacjach bohaterów musiał się domyślać) wyrusza do Rumunii, gdzie całe to wydarzenie miało miejsce. Zaczyna tam prowadzić dziennikarskie śledztwo. A sprawa śmierci zakonnicy okazuje się dużo bardziej skomplikowana, a granica między chorobą psychiczną, a opętaniem bardzo niejasna, co uświadamia jej lokalny biskup. W międzyczasie dziewczyna prowadzi też filozoficzne dysputy i rozważania o wierze z miejscowym  księdzem, który wydaje jej się bardzo atrakcyjny.
Krucyfiks to film, który zamiast nas straszyć bawi. Już sama sytuacja, gdy bohaterka trafia do Rumunii, która choć wygląda jak zatrzymana w XIX wieku budzi pierwsze uśmiechy. I jeżeli myślicie, że Polska to dziwny kraj, to aż strach pomyśleć, co Amerykanie myślą o Rumunii przestawiając ją jako krainę, której mieszkańcy wystrojeni są jak mormoni, jednak biegle władają językiem angielskim, niezależnie od profesji, zakonnice to tylko młode dziewczęta, którym zdarza się pomieszkiwać z braćmi przyjaciółek, a księża piją wino z turystkami. I jeżeli władze Kazachstanu rozważały podanie do sądu twórców filmu Borat: Podpatrzone w Ameryce, aby Kazachstan rósł w siłę, a ludzie żyli dostatniej, to władze Rumunii powinny też zastanowić się nad takim krokiem w kierunku twórców Krucyfiksu.
Jeżeli chodzi o same stanowiące klamrę filmu sceny opętania, które jest głównym wątkiem filmu, są bardzo słabe. Otwierająca sekwencja to poszarpany montaż, nieco krwi i słowa w egzotycznym języku, z których jedno może brzmieć bardzo swojsko. Natomiast zamykająca sprawia wrażenie jakby nakręcona została trochę na szybko, nie trwa zbyt długo, bohaterka trochę lewituje, trochę miota się po szopie i tyle.
Jeżeli chodzi o grę obsady, dialogi i reżyserię wszystko jest tutaj na równym, złym poziomie. Nieco lepiej wypadają zdjęcia, ale tylko dlatego, że pokazują ciekawe lokalizacje, bo nie ma właściwie żadnej gry światłem, artystycznych zabiegów, czy czegokolwiek, co udowodniłoby, że zatrudniony przy tym filmie operator jest lepszy niż ci pracujący przy realizacji paradokumentów, które znamy z telewizji.
Krucyfiks to film, którego seans można porównać do oglądania powtórki sylwestrowego koncertu – powtórka z rozrywki budzącej tylko zażenowanie.


Daniel Mierzwa

piątek, 13 października 2017

Pierwszy śnieg (2017)
Reżyseria: Tomas Alfredson
Gatunek: Dramat, Kryminał
Premiera w Polsce: 13 października 2017

Jo Nesbø to jeden z najpopularniejszych norweskich pisarzy. Specjalista od kryminałów nie raz zadziwiał swoimi historiami, jednak do tego czasu niewielką ich część mogliśmy oglądać na wielkim ekranie. Seria powieści, których głównym bohaterem jest policjant Harry Hole, wydaje się nie mieć końca i trwać wieki, jednak dopiero teraz zdecydowano się na ich ekranizację, rozpoczynając, co może okazać się zaskoczeniem, od siódmej książki z serii.


W filmowej wersji Pierwszy śnieg pokazuje postać detektywa Harry’ego Hole, wprowadzając nas delikatnie, bez zbytniego narzucania się, w jego historię. Razem z nim odkrywamy brutalne morderstwa kobiet na terenie Norwegii, a wszystko rozpoczyna się od tajemniczo wyglądającego bałwana, ulepionego przed domem ofiary. Z pomocą wybitnie prezentującej się rekrutki Harry będzie musiał zmierzyć się ze sprawami z przeszłości i mordercą, który od lat czeka na pierwszy śnieg. Niespodziewanie w sprawę zostaje również wplątana była partnerka detektywa oraz wysoko postawieni urzędnicy, sprawia to, że każda kolejna scena odkrywa przed widzem kolejną tajemnicę, wprowadzając go w brutalny świat zbrodni i kary.

Pomimo wszelkich starań, aby jak najlepiej pokazać postać Harry’ego Hole twórcy bardzo spłycają bohatera. Wcielający się w te rolę Michael Fassbender ogranicza się jedynie do tęsknoty za byłą dziewczyną i ciągłego topieniu smutków w butelce. Zdecydowanie pokazuje wycofaną postawę, robiąc przy tym wszystko, by kolejna sprawa stała się jego lekarstwem na całe zło świata. Twórcy nie dają możliwości również zaistnieć Charlotte Gainsbourg, która jako Rakel – była dziewczyna – w niewielu momentach, w których pojawia się na ekranie, nadal pozostaje w cieniu. Rozbita pomiędzy obecnym mężczyzną – ustatkowanym, z realnymi planami – a Harrym – obecnie przelotnym kochankiem – wręcz denerwuje pojawiając się na ekranie. Dobre wrażenie robi jednak J.K. Simmons, który kolejny raz w roli charakteru z brudami w życiorysie, intryguje i wprowadza potrzebny niepokój.

Początkowo może się wydawać, że twórcy przesadzają z ilością wątków, które momentami wydają się niedokończone lub niedopowiedziane. Liczne retrospekcje gubią widzą, wprowadzają kolejnych bohaterów, których nagromadzenie w pierwszych minutach jest tak duże, że zapamiętanie imion staje się wręcz niemożliwe.

Pierwszy śnieg to przede wszystkim kino, któremu brakuje emocji i elementu zaskoczenia. To stosunkowo przewidywalna historia, która nie buduje napięcia, a jedynie przeskakuje pomiędzy wątkami. Film, po seansie którego na długo zapomnimy o piosence Ulepimy dziś bałwana?


Patrycja Strempel