poniedziałek, 10 kwietnia 2017

Idioci (1998)
Reżyseria: Lars von Trier
Gatunek: Dramat, Komedia
Premiera w Polsce: 9 kwietnia 1999

Lars von Trier jest jednym z najbardziej kontrowersyjnych reżyserów, zarówno pod względem zachowania, jak i twórczości. A na taką opinię zasłużył sobie już lata przed pamiętną konferencją na festiwalu w Cannes, którego był stałym bywalcem i tam zwykle prezentował swoje najnowsze dzieła. W 1998 roku pokazał tam swój zrealizowany zgodnie z założeniami manifestu Dogma’95 film Idioci.

Idioci  opowiadają o grupie przyjaciół, którzy postanawiają naśladować zachowania osób niepełnosprawnych intelektualnie. Pragną poprzez takie zachowanie odkryć część swojej świadomości, którą nazywają wewnętrznym idiotą. Zamieszkują w pustej, przeznaczonej na sprzedaż willi wuja jednego z nich i budują specyficzną komunę. Jednak życie według przyjętych przez nich zasad, wcale nie okazuje się piękne i łatwe.
Idioci  to film o poszukiwaniu swojej wolności, walce z normami i dogmatami, które niektórych w nieznośny sposób krępują. Bohaterowie pomimo tego, że próbują żyć w sposób bezmyślny i beztroski, w izolacji od reszty społeczeństwa, którą zapewnia i dom na odludziu, i ich zachowanie, które tworzy bariery między nimi a resztą ludzi. Niestety dla nich nie okazuje się to tylko ucieczką od poprzedniego życia, i nawet gdy uda im się zerwać z poprzednimi relacjami i pokonać poprzednie problemy, pojawiają się nowe trudne związki i sytuacje.  Idioci  to też film o tym jak często obowiązujące w społeczeństwie normy (a w tym wypadku to społeczeństwo duńskie- bardzo nowoczesne, otwarte i opiekuńcze)  są tylko maską, a wszystko to, co dobre i tak może być wykorzystane dla kogoś tylko do ułatwienia sobie życia i własnej wygody. Jest to wręcz satyra na skandynawskie liberalne społeczeństwo, które łatwo daje się wykorzystywać sprytnym jednostkom.
Idioci to film, który nie unika kontrowersji, potrafi widza zbulwersować, a robi to w sposób, który zmusza do myślenia, wytyka nam błędy w spostrzeganiu świata, a po seansie każdy poświęci choć chwilę na gorzką refleksję. O ile tylko jest w stanie obejrzeć ten intrygujący film bez uprzedzeń



Daniel Mierzwa 

środa, 5 kwietnia 2017

Ghost in the Shell (2017)
Reżyseria: Rupert Sanders
Gatunek: Thriller, Akcja, Sci-Fi
Premiera w Polsce: 31 marca 2017

Motyw sztucznej inteligencji przejawia się w kinie od dawna. Od Łowcy androidów z 1982 roku z Harrisonem Fordem w roli głównej, przez film Spika Jonzea - Ona, do Ex Machiny z bezbłędną Alicią Vikander, by dotrzeć do najnowszej pozycji ze Scarlett Johansson na motywach mangi Ghost in the Shell.


Major to policjantka, która została stworzona przez grupę naukowców. W ciało robota umieścili oni mózg człowieka, który z efektownie wyglądających elementów miał uczynić niezniszczalnego cyborga skorego do walki i poświęcenia, za mniej odpornych towarzyszy broni. Świat przedstawiony w filmie jest pełen błyszczących neonów i natarczywych hologramów, a w tej skomputeryzowanej całości, jednostka, do której należy Major - Section 9, musi zmierzyć się z nieoczekiwanym przeciwnikiem. Haker Kuze z niezwykłą zawziętością próbuje zniszczyć wszystkie informacje o technologicznych eksperymentach, a przy okazji odkryć dawno ukryte dokumentacje.

Twórcy filmu z zaangażowaniem próbowali odtworzyć kultową mangę i historię Motoko Kusanagi. Jednak kolejne sceny pokazują, że w świecie przepełnionym wirtualnymi i technologicznymi nowinkami próżno szukać ambicji i dobrego filmu science-fiction. Widz zostaje zarzucany efektami specjalnymi niczym konfetti, które w dużym stopniu irytują podobnie, jak rzęsa w oku. Filmu nie ratuje nawet Scarlett Johansson, którą ostatnio trudno znaleźć w ponadprzeciętnym filmie, nie wspominając już o poziomie z filmu Między słowami.

Ghost in the Shell to film, po którym należy spodziewać się widowiskowych ujęć i efektów. Bohaterów pełnych technicznych ulepszeń i scen w zwolnionym tempie, jednak nie tak spektakularnych jak w Matrixie. Ponadto zero wzruszeń, czy westchnień, co najwyżej przeciętna fabuła osadzona w dalekiej przyszłości.


Patrycja Strempel 

niedziela, 2 kwietnia 2017

American Honey (2016)
Reżyseria: Andrea Arnold 
Gatunek: Dramat obyczajowy 
Premiera w Polsce: 31 marca 2017

Jeżeli kogoś można nazwać ulubienicą canneńskich jury, to bezwątpienia jest to Andrea Arnold. Jej trzy filmy zdobyły tam Nagrody Jury. Na swoim koncie ma jeszcze mnóstwo innych nagród, wśród których należy wymienić Oscara za najlepszy aktorski film krótkometrażowy, dwie nagrody BAFTA i wygraną w jednej z sekcji na festiwalu w Sundance, a jej najlepsze dzieło Fish Tank trafiło na listę 100 najlepszych filmów XXI wieku według BBC.


Jej najnowszy film American Honey wreszcie trafił do polskich kin dając szansę fanom jej twórczości na dalsze eksplorowanie jej sztuki, a tym , którzy jej filmów nie znają na zapoznanie się z nimi.
Nowy film Andrei Arnold opowiada o Star, osiemnastoletniej dziewczynie, żyjącej w patologicznej rodzinie, ojczym się do niej dobiera, matka ignoruje istnienie jej i jej rodzeństwa, a ona sama ma na głowie opiekę na młodszymi bratem i siostrą i zajmowanie się domem. Zafascynowana poznaną grupą młodych ludzi, którzy trudnią się sprzedażą prenumerat magazynów jeżdżąc po całych Stanach Zjednoczonych, postanawia się do nich przyłączyć. W decyzji pomaga jej zauroczenie liderem grupy Jake’m oraz panującą wśród nich swobodą. Choć nie jest traktowana ze specjalną sympatią przez szefową  grupy- Riley. Wraz z nimi wyrusza, bo poznać dziwny, czasem gorzki smak tego biznesu, ale też poznać siebie od każdej możliwej strony.

Ten epicki film, trwa w końcu prawie trzy godziny, to prawie kompletny obraz Stanów Zjednoczonych, od bezkresnych przestrzeni, bo ciasne, wielkie miasta, od brodaczy w tirach, po wyczesane i wystrojone panie w średnim wieku mieszkające na przedmieściach w ogromnych domach, którym Star wraz z towarzyszami sprzedaje prenumeraty magazynów, a niektórzy z nich dorabiają jeszcze co nieco podwędzając jakiś cenny drobiazg z domów klientów.

Dokumentalne wręcz spojrzenie nie może dziwić nikogo kto zna twórczość Andrei Arnold. Jej poprzednie filmy będące opowieściami z blokowisk posiadały ten sam charakter. Charakterystyczne jest też dla niej pozbawianie obrazów wszelkiej poetyki, co szczególnie było widać w jej Wichrowych Wzgórzach, zarówno międzyludzkie relacje jak cały współczesny świat pozbawiony jest jakiegokolwiek romantyzmu, chodzi jedynie o egoizm, spełnienie swoich potrzeb i wykorzystanie innych przy jak najmniejszym własnym wysiłku. Świat współczesnego człowieka to dla reżyserki jedynie świat jego zmysłów, bez miejsca na sentymenty.
Jedynej poetyckości filmowi dodają zdjęcia Robbiego Ryana, bardzo dokumentalne w swoim charakterze, ale momentami tworzące niesamowity klimat, potrafiące realistycznym kadrom dodać niego magicznego charakteru.

Świetne są tutaj też role aktorskie. Mistrzowsko gra debiutująca na ekranie Sasha Lane w roli Star, gra odważnie, momentami tracą wyczucie, ale przez to jej postać wydaje się prawdziwsza, bardziej spontaniczna i naturalna. Dobrze też gra Shia LaBeouf, filmowy Jake, wchodzi tu na wyżyny swojego talentu (co cieszy podwójnie, bo oglądają niektóre jego filmy, można było się zastanawiać czy w ogólne go posiada). Cieszy też to, że to hollywoodzki aktor, który nie boi się ról u reżyserów tworzących autorskie, artystyczne kino, które nie trafia do wszystkich odbiorców. Dobrą kreację tworzy też Riley Keough, która jako Krystal, wystylizowana na dziewczynę z amerykańskiej prowincji, jest w pełni przekonująca, niewątpliwie pomaga jej w tym magnetyczne, głębokie spojrzenie.


American Honey to kino drogi, ale to film nieco inny niż typowy dlatego gatunku. Bo podróż nie do końca wiąże się tutaj z wolnością. Opuszczenie patologicznego domu przez Star wcale nie uwolniło jej od toksycznych relacji. Z jednej strony związała się z grupą podobnych do niej wyrzutków, którzy obdarzyli ją sympatią, z drugiej weszła w niezdrowy, głównie erotyczny związek z Jake’m, który tylko emocjonalnie ją kosztuje. Niezbyt sympatyczne są też jej relacje z Riley, od której zależy jej możliwość utrzymania się. Wyrwanie się z jednych związków wpędza w inne równie skomplikowane i trudne. I również w tych innym chodzi tylko o wykorzystanie bliźnich.

Andrea Arnold zdekonstruuje tutaj jeden z amerykańskich mitów, ten o kraju szans i wolności. Tak naprawdę nie ma tam dla niektórych ani jednego ani drugiego i są oni skazani na takie samo życie w każdym zakątku Stanów Zjednoczonym, inny jest tylko widok za oknem. Ale jest to też dowód na to, że najprawdziwsze obrazy o USA tworzą twórcy spoza nich, jako inny przykład przytaczając tutaj Anga Lee. Ten tajwański reżyser z równą szczerością niszczył amerykańskie mity.

American Honey to nie film dla każdego, fani twórczości Andrei Arnold na pewno będą zadowoleni. Reszta może nie do końca zachwycić się jej wizją, ale znaczna część widzów da się porwać w rozedrganą, długą, ale nie nudzącą ani chwili podróżą przez Stany Zjednoczone w rytm muzycznych przebojów. Seans tego filmu to wielkie i autorskie kino na wyciągnięcie ręki.





Za możliwość wybraniu się w podróż przez Stany Zjednoczone wraz z Star dziękujemy kinu Cinema City Silesia w Katowicach. 

Daniel Mierzwa 

czwartek, 30 marca 2017

Azyl (2017)
Reżyseria: Niki Caro
Gatunek: biograficzny, Dramat 
Premiera w Polsce: 24 marca 2017


Niki Caro nie jest może najbardziej znaną reżyserką na świecie, ale artystyczny dorobek Nowozelandki na pewno trzeba docenić. W końcu już jej debiutancki, krótkometrażowy film wyświetlany był na festiwalu w Cannes, kolejny krótki film jej autorstwa na festiwalu w Wenecji. Jednak jej gwiazda najjaśniej rozbłysła po premierze jej filmu jeździec wielorybów, który reżyserce przyniósł uznanie, prestiżowe nagrody i nominacje, a grającej w filmie główną rolę Keishy Castle-Hughes, wtedy zaledwie czternastoletniej, nominację do Oscara dla najlepszej aktorki pierwszoplanowej. Dlatego też można było się spodziewać, że nowy film Niki Caro o losach Antoniny Żabińskiej będzie dziełem kompletnym, które nie powinno rozczarować nikogo.
Azyl (polski tytuł znacznie lepiej i w bardziej poetycki sposób oddaje treść filmu, co jest rzadkim zjawiskiem) skupia się na okresie w życiu Antoniny Żabińskiej w przededniu II wojny światowej i już podczas jej trwania, aż do wycofania się niemieckich wojsk z Warszawy. Widzimy Antoninę, żonę dyrektora stołecznego zoo- Jana Żabińskiego, matkę małego Ryszarda, pieszczotliwie nazywanego Rysiem. W pierwszych filmu sekwencjach poznajemy usposobienie bohaterki, to jak bardzo jest życzliwa i posiada niezwykły dar rozumienia zwierząt. Jesteśmy też świadkami jej spotkania z Lutzem Heckiem, dyrektorem berlińskiego ogrodu zoologicznego i genetyka, który jako jeden z niewielu oprócz sympatii i pobłażania traktuje ją też ze zrozumieniem. Niestety zbliżający się konflikt powoduje, że w życie kobiety wkrada się niepokój. Wkrótce wojna wybucha, zoo zostaje zrujnowane, a rodzina Żabińskich musi radzić sobie w nowym niesprzyjających nikomu okolicznościach. Antonina i jej mąż postanawiają ratować swoich żydowskich przyjaciół, wkrótce wpadają na pomysł, dzięki któremu mogą pomóc większej ilości mieszkańców warszawskiego getta. Jan Żabiński wyprowadza ludzi z getta (spotyka tam między innymi Janusza Korczaka, który również zasługuje na film, który pokazywałoby na całym świecie) , a następnie z żoną ukrywają ich w swoim domu na terenie zoo. ntonina robi wszystko, aby nie doszło do zdemaskowania ich działań. Na pewno nie pomaga jej w tym to, że w ogrodzie zoologicznym stacjonują niemieccy żołnierze wraz z Heckiem, który prowadzi tam swoje badania nad odtworzeniem populacji tura. W powstaniu warszawskim ranny i wzięty do niewoli zostaje Jan. Po tym wydarzeniu wszystko zostaje na głowie Antoniny.

Azyl to film, który pełen jest poruszających scen, ogrom w nim dramatyzmu i nie unika ckliwości, dzięki temu nie ma tu miejsca ani na chwilę nudy, bo jeżeli nie ma w danym momencie porcji akcji, to i tak jest dużo prawdziwych emocji. Melodramatyczny ton bardzo dobrze pasuje do powiadanej historii. Widać, że reżyserka wiedziała jaką historię opowiada i w jaki sposób chciała ją opowiedzieć. Bo film nie traci napięcia ani na chwilę. Spora w tym zasługa samej historii Żabińskich. Szkoda jednak, że nic nie mówi się tutaj o literaturze, której autorką była Antonina,  a przecież swoje pierwsze książki napisała i wydała jeszcze przed wojną.
Jeżeli chodzi o fabułę to trochę razi to, że żadne przedstawione w filmie wydarzenie nie uzyskuje rangi punktu kulminacyjnego czy przełomowego momentu, mimo, że sporo scen taki potencjał miało. Dobrze filmowi robi jednak jego dychotomia, z jednej stroni skupia się on na bohaterce jej rozterkach, przeżyciach, ale ani na chwilę nie zapomina się tutaj o kontekście, widzimy cierpienia Żydów i ciężkie życie cywili.
Jeżeli chodzi o realizację filmu to ani jeden element nie kuleje. Montaż jest dobry i robi swoje, muzyka nie jest wybitna, ale nie przeszkadza w seansie ani też nie nuży, zdjęcia są poprawne, a kilka momentów (zwłaszcza ostatnie ujęcia w lesie) są bardzo dobre.
Jeżeli chodzi o obsadę mamy tutaj właściwie dwie gwiazdy. To grająca główną rolę laureatka Złotego Globa i nominowana do Oscara- Jessica Chastain, która w rozczochranych włosach i w zawsze eleganckim stroju, jest przekonująca jako sprawiająca wrażenie niepewnej siebie, a jednak bardzo zdecydowanej Antoniny Żabińskiej. Choć jej gra momentami może irytować, zwłaszcza w scenach, które wymagały od niej większej energii.  Drugą gwiazdą na planie był chyba najbardziej znany aktor niemieckiego kina, który coraz lepiej radzi sobie w Hollywood, Daniel Bruhl. W roli Lutza Hecka wypada on na ekranie bardzo dobrze, a to, że jedna z symbolicznych scen jest tak przejmująca to w dużej mierze jego zasługa. Reszta obsady złożona z mniej znanych aktorów i aktorów spisuje się dobrze, nikt na drugim planie jednak nie błyszczy.

Azyl to film, który ogląda się dobrze, bo posiada wszystkie cechy, które sprawiają, że widz jest zadowolony. Brakuje mu jednak niestety jednej rzeczy i ten film udowadnia jak jest ona istotna. Mianowicie brak tutaj czegoś autorskiego , a po tym właśnie poznać różnicę miedzy filmem dobrym a wybitnym.



Za możliwość obejrzenia poruszającego seansu dziękujemy kinu Cinema City  Punkt 44 w Katowicach.

Daniel Mierzwa

środa, 22 marca 2017

Piękna i Bestia (2017)
Reżyseria: Bill Condon
Gatunek: Fantasy, Musical, Romans
Premiera w Polsce: 17 marca 2017


Piękna i Bestia to baśń, która na stałe weszła do kanonu popkultury i stała się inspiracją dla niezliczonych rzesz twórców z całego świata. Szczególnie historię pięknej Belli i zamienionego w potwora księcia upodobali sobie różnego pokroju filmowcy. Ostatnim owocem reżyserskich zmagań z tą opowieścią jest, tytuł nie jest żadnym zaskoczeniem, Piękna i Bestia Billa Condona. Ten amerykański reżyser to twórca zarówno filmów całkiem udanych, jak przebojowe Dreamgirls, jak i takich, których tytułów ceniący się kinomani  nie wymawiają na głos, jak Saga Zmierzch. Przed świtem cz. I i jej kontynuacja. Dlatego też jego nowy film mógł być zarówno baśniowym oczarowanie, jak i bolesnym i kosztownym rozczarowaniem z krainy filmowego kiczu.

Fabuła Pięknej i Bestii znana jest chyba każdemu. To historia młodej i pięknej Belli, która zostaje uwięziona w zamku, którego gospodarzem jest Bestia- książę, na którym ciąży klątwa, która zmieniła go w potwora, a jego służbę w domowe sprzęty. Jest tutaj oczywiście romantyczna relacja od nienawiści do miłości, odrobina napięcia, nieco poczucia humoru i sporo piosenek.

Jeżeli chodzi o fabułę, to ani Bill Condon, ani scenarzyści (a jednym z nich jest Stephen Chbosky, twórca kultowych dla niektórych młodych ludzi powieści i opartego na jej podstawie filmu Charlie) nie wprowadzają nic nowego, nie ma tu żadnych uwspółcześnień czy aluzji. Film cechuje absolutna wierność disnejowskiej animacji z 1991 roku pod tym samym tytułem.

Jak to baśnie w Pięknej i Bestii mamy morał. A właściwie mamy tych morałów kilka. Pierwszy z nich mimo, że najwyraźniejszy to nieco trąci anachronizmem. Bo z jednej strony mówi nam  o tym, że dziewczyna, a potem kobieta może być kim chce. Tak jak Bella, która jest oczytana, inteligentna i za nic ma zaloty przystojnego Gastona, i nie zmienia swoich przekonań mimo opinii większości mieszkańców jej miasteczka, którzy mają ją za dziwaczkę. Z drugiej pokazuje, że prawdziwe szczęście osiągnie i tak dopiero przy boku mężczyzny, a najlepiej u boku księcia wystrojona w piękne suknie.

Nieco lepiej wypada pokazany za pomocą zabawnych, choć stereotypowych wątków, morał, o tym, że każdy ma prawo żyć jak chce i być kim chce. Kolejny mówi o tym że prawdziwe piękno ukryte jest we wnętrzu człowieka i czasem należy dać komuś szansę, aby mógł nam je pokazać. Najlepiej wypada chyba morał pokazujący jak łatwo manipulować tłumem, jak szybko plotka może stać się obowiązującą prawdą obowiązującą i, że nie zawsze to, co mówi większość jest prawdziwą rzeczywistością.


Wrażenie  w filmie robi jego obsada w głównych rolach mamy Emmę Watson, która może nieco irytować tym, że znów gra zanurzoną w książkach nastolatkę, oraz znanego z serialu Downton Abbey i thrillera Gość Dana Stevensa. Prawdziwa parada gwiazd ma tu jednak miejsce na drugim planie. Wystarczy wymienić Ewana McGregora jako Płomyka, Iana McKellena jako Trybika, Emmę Thompson jako panią Imbryk czy Kevina Kline’a jako ojca Belli. Świetni są też Luke Evans jako Gaston, pewny siebie, przystojny i niezbyt inteligentny żołnierz, którego moglibyśmy nazwać celebrytą tamtej rzeczywistości, oraz Jason Gad jako jego przegięty towarzysz Le Fou.

Piękna i Bestia nie jest dziełem odkrywczym ani jeśli chodzi o opowiadaną historię, ani jeśli chodzi o sposób jej opowiadania. Jest to jednak film absolutnie udany pod względem budzenia w widzach emocji i to takich jakie założyli sobie twórcy. Gdy ma być wzruszająco, widzowie czują jak w ich oczach pojawiają się łzy, gdy ma być zabawnie na sali kinowej słychać śmiech, a gdy ma być mrocznie, każdy na Sali czuje niepokój. I tego od Billa Condona mogliby uczyć się inni twórcy kinowych przebojów. Podsumowując Piękna i Bestia to porcja dobrej zabawy dla wszystkich, ale najlepiej będą na jej seansie bawić się młodsi widzowie. 



Daniel Mierzwa 

Za możliwość odkrycia na nowo historii Pięknej i Bestii w technologii IMAX dziękujemy kinu Cinema City Punkt 44 w Katowicach. 




poniedziałek, 20 marca 2017

Chata (2017)
Reżyseria: Stuart Hazeldine
Gatunek: Dramat
Premiera w Polsce: 10 marca 2017

Doświadczenie reżyserskie Stuart Hazeldine nie jest wprawdzie bogate, jednak jego najnowszy film trafił do szerokiej widowni. Przyczyniła się zapewne do tego obsada iście Hollywoodzka, która jednak nie zawsze wystarczy do realizacji ambitnej pozycji mimo wielkiego potencjału powieści.


Chata to historia Mack Phillipsa, który pragnął spędzić spokojny wyjazd z dziećmi nad jeziorem. Jednak jego idylliczne plany pokrzyżowało porwanie najmłodszej córki Missy, zakończone jej śmiercią. W natłoku emocji i z upływem czasu bohater nie potrafi pogodzić się ze stratą, do dnia gdy otrzymuje tajemniczy list, który odmienia jego pełne żałoby życie. Mack trafia do tytułowej Chaty, gdzie filmowa Trójca Święta będzie starała się przywrócić bohaterowi nadzieję i wcześniejszą wiarę, a przy okazji uratować relacje rodzinne.

Sam Worthington w roli głównej robi wszystko, aby pozycja była jak najmniej irytująca. Jednak gwiazda Avatara i Przełęczy ocalonych nie jest w stanie zdziałać cudów, nawet jeśli u jego boku jest Bóg w postaci Octavi Spencer. Film prawie w każdym momencie traktować można jako wyznanie wiary. Narzucając początkowo ideologie, poprzez odbiór i postrzeganie kolejnych obrazków, kończąc na irytujących scenach nawracania.

Chata to film, który pomimo ładnych obrazków i kadrów nie zaskakuje. Jest to typowa pozycja o utracie wiary i jej budowaniu. Pomimo dużych ambicji i potencjalnie dobrego oparcia w literaturze, nie pozostanie na długo w naszych pamięciach.



Patrycja Strempel 

sobota, 18 marca 2017

Kong: Wyspa Czaszki (2017)
Reżyseria: Jordan Vogt-Roberts
Gatunek: Fantasy, Przygodowy
Premiera w Polsce: 10 marca 2017


Jordan Vogt-Roberts zasłynął wśród fanów ambitnych i inteligentnych komedii pełnym obyczajowych obserwacji filmem Królowie lata. Po tym sukcesie czekać tylko było na jego kolejny film. Apetyt rósł tym bardziej, że po młodego Amerykanina upomniało się Hollywood. I tak został on reżyserem, skazanego na bycie blockbusterem, filmu Kong: Wyspa Czaszki.

Dziejący się w latach 70. ubiegłego wieku, tuż po wojnie w Wietnamie film opowiada o ekspedycji zorganizowanej przez Billa Randę, uznanego za szaleńca naukowca, na niezbadany dotychczas skrawek lądu na Oceanie Spokojnym- tytułową Wyspę Czaszki. W skład drużyny biorącej udział w wyprawie, oprócz grupy naukowców, bierze udział doświadczony tropiciel, były komandos SAS, James Conrad, oraz Mason Weaver,, która sama siebie określa jako fotografka antywojenna. Nad bezpieczeństwem ich wszystkich czuwa oddział amerykańskiej armii na czele, którego stoi podpułkownik Packard. Okazuje się, że tropikalna wyspa nie jest rajem na Ziemi i idealnym miejscem na wakacje, a raczej piekłem, czy miejscem z bliskim w nim kontakcie. Dodatkowo wychodzi na jaw, że szalona teoria naukowca jest bardzo bliska rzeczywistości. A prawdziwy cel wyprawy jest dużo mniej szlachetny niż na początku jest to zapowiadane. Prawda jest też taka, że członkowie ekspedycji nie są pierwszymi Amerykanami na tej wyspie, bo od czasu II wojny światowej zamieszkuje tam amerykański żołnierz, Hank Marlow. Bohaterowie biorą udział w serii krwawych spotkań z zamieszkującymi wyspę bestiami, w tym z tytułowym Kongiem, który jest dużo mniej kochliwy i romantyczny  niż jego wcześniejsze ekranowe wcielenia.

Konga… otwiera bardzo stylowa sekwencja, która przypadnie każdemu fanowi vintage. Później na ekranie zaczyna królowa nieco bardziej komiksowa stylistyka, która świetnie pasuje do opowiadanej historii. O ile warstwa wizualna filmu nie pozwala się do niczego przyczepić. Efekty specjalne są naprawdę świetnie zrobione, kamera pracuje znakomicie, a scenografie robią świetne wrażenie. Wszystkiemu towarzyszy dobra muzyka, a na ścieżce dźwiękowej mamy znane i lubiane (a do tego dobre) przeboje z lat 70.


Nieco gorzej jest niestety z fabułą. Nie jest ona nawet minimalnie odkrywcza, a nawet dosyć uboga w porównaniu nawet do innych filmów tego gatunku. Brakuje tu wzruszeń, poza sceną, która towarzyszy końcowym napisom. Brak tu też wątku o romansowego lub jakiegokolwiek innego, który dotyczyłby jakiś głębszych relacji między postaciami granymi przez Toma Hiddlestona i Brie Larson. Bo ich bohaterowie aż proszą się o taki wątek lub cokolwiek więcej niż chwycenie się za ręce.

Zresztą odgrywanie przez aktorów ich postaci jest mocną stroną filmu, bo mimo, że ich bohaterowie nie mają skomplikowanych psychologicznych portretów, a w bogactwie postaci mało dowiadujemy się, o którejkolwiek z nich, to aktorzy robią, co mogą i nadają bohaterom głębi, starają się, abyśmy zastanawiali się nad tym dlaczego ich bohaterowie postępują tak a nie inaczej. A obsada jest tutaj przednia, poza brytyjskim gwiazdorem i laureatką Oscara, mamy tu jeszcze Johna Goodmana w typowej dla niego roli szaleńca z traumą, Samuela L. Jacksona jako oddanego swoim ludziom, ale psychicznie skrzywdzonego przez wojnę podpułkownika Packarda. Swoje robią też znany z Earl, ja i umierająca dziewczyna Greg Gaines w roli młodego żołnierza Slivko i dający aktorski, choć bardzo bliski przegięcia, popis John C. Reilly  jako Hank Marlow.

Smaczkiem są też w tym filmie kulturowe, i to nie tylko pop-, nawiązania. Nazwiska bohaterów nawiązujące do twórcy i postaci z słynnej powieści Jądro ciemności Josepha Conrada, czy postać Mason Weaver, która ze swoim nazwiskiem i opiętym podkoszulkiem jest hołdem dla Sigourney Weaver, najtwardszej kobiety w historii Hollywood.

Oglądając Kong: Wyspa Czaszki można mieć wrażenie, że to kolejny film Jordana Vogt-Robertsa  dla chłopaków. Tylko, że tym razem nieco mniej dojrzałych niż poprzednio. Ale można odrzucić te uprzedzenia i dać się porwać  pełnej poczucia humoru filmowej zabawie. To kino, którego założeniem jest dostarczenie rozrywki i z tego założenia wywiązuje się znakomicie.


Daniel Mierzwa



Za możliwość udziału w filmowej przygodzie na Wyspie Czaszki dziękujemy kinu Cinema City Punkt 44 w Katowicach.