Pokazywanie postów oznaczonych etykietą styczeń. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą styczeń. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 25 lutego 2020

Gorący temat  (2019)
Reżyseria: Jay Roach
Gatunek: Biograficzny, Dramat
Premiera w Polsce: 17 stycznia 2020

Sprawa Rogera Ailesa nie odbiła się w Europie takim echem, jak głośny skandal z udziałem Harveya Weinsteina, ale za oceanem obrzydliwe sprawki założyciela konserwatywnie sprofilowanego kanału Fox News oburzyły opinię publiczną. Działania Ailesa stały się kanwą scenariusza do filmu Gorący temat, który dotarł i na polskie ekrany kin.

Historię upadku (o ile tak można nazwać odejście z pracy z wielomilionową odprawą) Rogera Ailesa, potężnej postaci amerykańskich mediów i polityki, obserwujemy z perspektywy trzech bohaterek. Dwóch znanych dziennikarek, które są prawdziwymi postaciami. Pierwsza z nich to Gretchen Carlson, której oskarżenia były początkiem zawodowego końca Ailesa. A druga to Megyn Kelly niewątpliwa gwiazda Fox News. Trzecią z głównych bohaterek jest Kayla Pospisil, fikcyjna postać, która utożsamia wszystkie marzące o wielkiej karierze  i wykorzystane przez szefostwo pracownice tej telewizji.

Scenarzystą Gorącego tematu jest Charles Randolph, który kontynuuje tutaj zabiegi, zaprezentowane w znakomitym Big Short . Mamy ten sam dynamiczny montaż i zwracanie się prosto do widza. Niestety tym razem jego scenariusz nie trafił w ręce tak zdolnego reżysera jak poprzednio. Za kamerą stanął Jay Roach, który niestety nie potrafi utrzymać w ryzach tego stylu i szybko zmienia go w zwyczajną publicystykę. Równie szybko zapomina również o swoich bohaterkach, które mimo, że ciągle są na pierwszym planie, stają się tłem dla skandalu, a ich dramat przestaje być ich osobistą historią, a jest potem wyłącznie częścią składową afery.

Mocną stroną Gorącego tematu są znakomite aktorki w głównych rolach. Nicole Kidman i Charlize Theron odgrywają prawdziwe, niezwykle ciekawe i niejednoznaczne postaci. Ich bohaterki to kobiety sukcesu, których kariery kosztowały jednak wiele upokorzeń. W końcu gotowe są jednak, aby zawalczyć o godność swoją i swoich koleżanek z pracy. Dzięki grze aktorek postacie te zyskują wiele wymiarów. Jesteśmy dzięki nim w stanie zrozumieć każdą z decyzji bohaterek. Popis daje również Margot Robbie. Kayla w jej wykonaniu to kobieta nieco zagubiona, ale marząca o karierze. Próbuje naśladować swoje bardziej doświadczone koleżanki,  nie potrafiąc się jednak obronić przed wszystkimi zagrożeniami, jakie czają się na nią w gabinetach jej przełożonych. I to właśnie dzięki jej grze, mimice i ruchach, dyskomfort jaki odczuwa jej bohaterka podczas sceny w biurze Aisle’a udziela się nawet widzom.

Warto również docenić charakteryzację. Na pierwszy rzut oka twarze głównych bohaterek mogą przypominać nieco upiorne manekiny. Jednak co może być nieco przerażające tak właśnie prezentują się odgrywane przez nie gwiazdy amerykańskiej telewizji.

Gorący temat mógł być naprawdę gorącym kinowym przebojem i zdobywcą licznych nagród. Niestety pomimo ważnej i interesującej tematyki, niezłego scenariusza i znakomitej obsady, cały film został położony przez niezbyt udaną reżyserię. Przez to całość wyszła co najwyżej letniawo.


Daniel Mierzwa

sobota, 15 lutego 2020

Małe kobietki (2020)
Reżyseria: Greta Gerwig
Gatunek: Melodramat
Premiera w Polsce: 31 stycznia 2020

Dzięki realistycznej fabule, ciekawym postaciom i sporej dawce humoru Małe kobietki Louisy May Alcott stały się powieścią, która skradła serca wielu pokoleń młodych (i nieco starszych) czytelniczek. Dzięki swojej popularności nieraz trafia w filmowej adaptacji na ekrany kin i telewizorów. Tym razem za kamerą stanęła Greta Gerwig, która sama zalicza się do fanek tej książki.


Fabuła Małych kobietek to rozłożona na lata historia czterech sióstr March. Dziewcząt o odmiennych pragnieniach i planach, które łączy jednak wielka miłość. Główną bohaterkę Jo March poznajemy w 1898 roku, kiedy pracuje jako nauczycielka w Nowym Jorku. Choroba siostry zmusza ją do powrotu do rodzinnego Concord. Wraca w rodzinne strony, ale wraca też myślami do minionych lat, które spędzała z siostrami, matką i uroczym sąsiadem Lauriem na oczekiwaniu powrotu ojca z wojny secesyjnej.

Małe kobietki to opowieść o poszukiwaniu swojego szczęścia i spełnianiu swoich marzeń przez młode kobiety, w czasach (o czym wielokrotnie mówią bohaterki filmu), kiedy rola kobiety była jasno zdefiniowana i nie mogła mieć ona zbyt wielu oczekiwania w kwestii realizacji własnych pasji i planów. Mogą wyłącznie jak stwierdza przyszły wydawca książki Jo, wyjść za mąż lub umrzeć. Małe kobietki to jednak nie tylko wyłącznie film o emancypacji. To przede wszystkim film o siostrzanej miłości, wielkiej przyjaźni i sile rodzinnych więzów.

Tego, że Greta Gerwig znakomicie wybrnie z zadania realizacji filmu na taki temat można było się spodziewać.  W końcu już w Lady Bird pokazała, że interesuje ją dorastanie niezależnej młodej kobiety. Tym razem dostała okazję,  aby zestawić podobną postać z bohaterkami o innych postawach. i to zapewnie dzięki jej reżyserii całość wybrzmiewa świeżo, mimo że to kolejna adaptacja popularnej książki. Spora też w tym zasługa młodych, ale już świetnie znanych aktorek w rolach sióstr March. Saorise Ronan, której chyba już nikomu nie trzeba przedstawiać, Florence Pugh, która świetnie zagrała w przebojowym horrorze Midsommar, Emma Watson, która już dawno udowodniła, że jest nie tylko Hermioną i Eliza Scanlen z rolą w znakomicie ocenionym serialu Ostre przedmioty, tworzą skomplikowane, interesujące i wiarygodne postacie.  A na drugim planie partnerują im świetni: energiczna Laura Dern, Timothee Chalamet, którego to kolejna udana rola, nieoczywiście obsadzony Louis Garel, James Norton , którego ostatnio mogliśmy oglądać w Obywatelu Jonesie, legendarna Meryl Streep.

Cała historia wydaje się nieco naiwna i nie można nazwać jej porywającą, to jednak w każdej scenie tkwi ogromna ilość emocji. Mamy sporo radości, wiele smutku, liczne rozczarowania i potężne wzruszenia, a każde z tych uczuć dzięki reżyserii Grety Gerwig i znakomitej grze obsady udziela się widzom. Dzięki temu ta adaptacja jest zupełnie taka jak jej książkowy oryginał – pełna ciepła, humoru i wciągająca od początku do końca.


Daniel Mierzwa

niedziela, 2 lutego 2020


PROXIMA 2019
Reżyseria: Alice Winocour
Gatunek: Dramat, Akcja
Premiera w Polsce: 24 stycznia 2020

Filmy o kosmicznej tematyce zwykle cieszą się dużą popularnością i zainteresowaniem. Lubimy na ekranie oglądać to co potencjalnie nieosiągalne i tajemnicze, dodatkową zaletą bywa również silny bohater, angażujące rodzinne więzi i zawodowe ambicje. To wszystko możemy aktualnie oglądać w filmie Alice Winocour, która poprzednio zauroczyła nas scenariuszem do filmu Mustang, a tym razem  buduje napięcie w produkcji Evą Green w roli głównej.


Proxima pomimo swoich kosmicznych motywów dotyka raczej przyziemnej tematyki. Jego bohaterka – Sara, zostaje wybrana do podstawowego składu międzynarodowej misji kosmicznej. Związane jest to oczywiście z niezwykle wyczerpującym treningiem i wielkim zaangażowaniem z jej strony. Kosmos jest jednak wielkim, dziecięcym marzeniem bohaterki, dlatego robi wszystko by dorównać pozostałym członkom załogi. Jako jedyna kobieta musi wykazać się wyjątkowym poświęceniem, które dodatkowo komplikuje bardzo bliska relacja z córką. Sara przygotowuje się do wyjazdu do rosyjskiej bazy, gdzie ma przechodzić kolejne próby, przed samym startem, w tym czasie córką zajmuje się jej były mąż. Chwile z rodziną są niezwykle emocjonalne, nasuwają również wiele wątpliwości, co do utrzymania ziemskich relacji w czasie kosmicznej podróży.

Reżyserka bardzo podkreśla, jak ważne są dla niej emocje. Na nich zbudowana jest cała fabuła, która pozbawiona jest większych zaskoczeń. Jest to jednak obraz, który bardzo sprawnie pokazuje, jak ciężko kobiecie odnaleźć się w świecie zdominowanym przez mężczyzn. Ważną rolę odgrywają w tych momentach pozostali członkowie załogi Sary, w szczególności Mike, któremu początkowo ciężko docenić umiejętności bohaterki.

Proxima oferuje wiele stereotypów i momentami scenariuszowej nudy, jednak w całości produkcji można odnaleźć pełne emocji chwile i angażujące relacje, które z wyczuciem i  dozą umiaru przekazywane są widzowi. Przedstawia historię niezwykle ziemską, jednak z ogromem kosmosu w tle.


Patrycja Strempel


sobota, 1 lutego 2020


1917 (2019)
Reżyseria: Sam Mendes
Gatunek: Dramat, Wojenny
Premiera w Polsce: 24 stycznia 2020

Sam Mendes zabłysnął jako twórca genialnego Pięknego umysłu obsypanego deszczem nagród. Później jego gwiazda jednak nieco przygasła a on został etatowym reżyserem nowych przygód Jamesa Bonda. Teraz powraca z autorskim filmem opartym o wspomnienia swojego dziadka z frontu I wojny światowej - 1917.

Dwóch młodych żołnierzy wierzących w to, że wojna może przynieść chwałę - Blake i zmęczony wojenną zawieruchą Schofield otrzymują zadanie dostarczenia rozkazu o zaniechaniu ataku do pułkownika Mackenziego. Jeśli ich misja się powiedzie ocalone zostanie życie tysiąca sześciuset brytyjskich żołnierzy, w tym brata Blake’a. W innym wypadku czeka ich pewna śmierć. Jednak przedarcie się przez pas ziemi niczyjej okaże się wymagającym zadaniem.

Sam Mendes w swoim najnowszym filmie korzysta z dorobku kina wojennego. Odziera jednak wojnę ze wszelkiego romantyzmu. Co prawda pokazuje, że jest ona okazją do zyskania chwały, ale przede wszystkim piekłem pełnym krwi, błota, bólu i rezygnacji. Żołnierze są zmęczeni, a dowódcy sfrustrowani. Jest miejsce na bohaterstwo, ale okupione jest ono ofiarami i niewyobrażalnym zmęczeniem.

1917 to niezwykle przejmujący obraz, co zawdzięcza mistrzowskiej pracy kamery Rogera Deakinsa, który kolejny raz udowadnia, że w swoim fachu jest prawdziwym mistrzem. Kamera śledzi tutaj głównego bohatera nadając wszystkiemu dokumentalnego sznytu i mocno podkreślając pełną napięcia atmosferę. Znakomicie na klimat filmu wpływa trafiona w punkt muzyka Thomas Newmana.

Na pochwały zasługuje również obsada. Znakomicie spisuje się obsadzony w głównej roli George McKay (którego można pamiętać z Captain Fantastic), który świetnie radzi sobie z tym, że kamera skupiona jest na nim przez większość filmu, a jego postać jest zniuansowana i potrafi to pokazać, mimo niewielu kwestii mówionych. Dobrze spisuje się również drugi plan, na którym błyszczy przede wszystkim Dean-Charles Chapman (znany z Gry o tron) jako Blake, dystyngowany Colin Firth W roli generała Erinmore'a i pełen napięcia Benedict Cumberbatch jako pułkownik Mackenzie.

Dzięki 1917 Sam Mendes wraca do grona najzdolniejszych reżyserów. A jego najnowszy film to jeden z najbardziej udanych filmów wojennych ostatnich lat, który obrazuje piekło militarnego konfliktu.



Daniel Mierzwa


sobota, 18 stycznia 2020

Jak zostałem gangsterem. Historia prawdziwa (2020)
Reżyseria: Maciej Kawulski
Gatunek: Sensacyjny 
Premiera w Polsce: 3 stycznia 2020

Jak zostałem gangsterem brzmi jak tytuł książki, którą reklamowano by jako bestseller, ale bardzo szybko dałoby się ją znaleźć w dyskoncie w koszu w towarzystwie wydawnictw pokroju 101 przepisów na ciasta z jagodami  i Jak uczynić swoje życie lepszym bez wychodzenia z domu. Być może dlatego producenci najnowszego filmu Macieja Kawulskiego (w tym on sam) postanowili dodać do tego Historia prawdziwa. A wiadomo, że nic nie sprzedaje się tak dobrze jak prawda, a zwłaszcza prawda ekranu.


Głównemu bohaterowi towarzyszymy od lat 70., kiedy to nie jest jeszcze odzianym w skórę gangsterem, a jedynie niesfornym chłopakiem. Ubrany w poczucie humoru wstęp o dziecięcych latach, szybko przechodzi w opowieść o inicjacjach na nowej, przestępczej drodze życia (z epizodem w stylizacji na Stana Borysa). Gangsterska kariera się rozwija, a w życiu bohatera pojawia się miłość – wiążę się w nieświadomą tego, że prowadzi podwójne życie (czy te kobiety w filmach kiedyś zmądrzeją?!), młodziutką pięknością o niewinnej twarzy Natalii Schroeder. Oczywiście jednak życie gangstera to jednak zarówno wzloty, jak i upadki.
Jak zostałem gangsterem. Historia prawdziwa to w żadnym wypadku nie jest poważny film o mrocznych stronach przestępczej działalności (choć podejmuje takie próby zawsze kończy się to melodramatyzmem i jakimiś mądrościami, które mogły by być podpisami do czarno-białych zdjęć na fanpejdżu z łobuzem w nazwie), a jedynie rozrywkowym kinem, które ma tyle samo zalet, co wad. Całość mogłaby wypaść znaczne lepiej, gdyby nie scenariusz. Jego autor – Kacper Gureczny- mający w dorobku głownie scenariusze seriali, i to raczej takie, które zaginęły, gdzieś w mrocznych archiwach stacji telewizyjnych, sprawia wrażenie, że bardziej jednak czuje gry spod znaku GTA niż wielkie kino. Irytuje też praca kamery. Przez stanowczo zbyt dużą część seansu ma się poczucie jazdy na karuzeli. Mieszane uczucie można mieć w kwestii pojawiających się w tle piosenek. Hitowe przeboje wpadają w ucho i chętnie się nuci ten gatunkowi miszmasz, zmieniają one jednak sceny w teledyskowe wstawki. Jak zostałem gangsterem… ma też silne punkty. Przede wszystkim aktorskie kreacje. Marcin Kowalczyk kolejny raz udowadnia, że jest dobrym aktorem i wykorzystuje cały potencjał postaci, którą gra. Popis daje też Tomasz Włosok (ale i tak nie można zapomnieć, że grał w absolutnie złym filmie Diablo. Wyścig o wszystko). Jego rola Waldena, bliska przeszarżowaniu, jest całkowicie spójna, jego bohater przechodzi przemianę, a na żadnym z jej etapów nie czuć fałszu. Jeśli chodzi o kobiece role nie są one zbyt rozbudowane. Dobrze jak na debiutantkę wypada Natalia Schroeder, natomiast Natalia Siwiec robi na ekranie to, czego pewnie wielu się spodziewa. Na pochwałę zasługuje też tworzenie ekranowego świata. Wszystkie elementy są dopracowane, spójne, a twórcom udaje się unikać wpadek.
Jak zostałem gangsterem. Historia prawdziwa to film, który można traktować jako niezobowiązującą rozrywkę, i lepiej nie podchodzić do niego w jakikolwiek inny sposób, bo bardzo łatwo o rozczarowanie.


Daniel Mierzwa

sobota, 11 stycznia 2020

Judy (2019)
Reżyseria: Rupert Goold
Gatunek: Biograficzny, Dramat, Musical
Premiera w Polsce: 3 stycznia 2020

Jeśli ktoś zasłużył na miano ikony kina to niewątpliwie jest to Judy Garland. Na scenie pojawiała się już od dziecka, zdobywała liczne nagrody i nominacje, a Czarnoksiężnik z krainy Oz z jej najważniejszą chyba rolą stał się jednym z filmów, który zdefiniował współczesne kino, a piosenka Over the Rainbow, którą w nim wykonuje znana jest chyba każdemu. Także jej życie prywatne godne było gwiazdy Hollywood, liczne małżeństwa i rozwody, próba samobójcza i problemy rodzinne.


Judy skupia się na końcówce kariery, a także życia Garland. Aktorka, której kariera w USA podupada i ciągnie się na nią reputacja niestabilnej alkoholiczki, decyduje się opuścić na jakiś czas swoje dzieci i zostawić je pod opieką ich męża i wyruszyć do Wielkiej Brytanii. W Londynie, gdzie występuje, wciąż ma oddane i liczne grono fanów, a wszędzie traktowana jest jak wielka gwiazda. Niestety Judy Garland ma również inne problemy niż gasnąca kariera i nie opuszczają jej wraz z jej przenosinami do stolicy Wielkiej Brytanii.

W Judy poznajemy tytułową bohaterkę, gdy najlepsze lata ma już za sobą. Jest wypalona i psychicznie zniszczona, próbuje jeszcze ratować swoją karierę i relacje z jej bliskimi. Wyjazd do Londynu ma być dla niej szansą na odbicie się od dnia i zapewnienie sobie bezpiecznej przyszłości. Jednak nałogi i traumy z lat dzieciństwa i młodości nie pozwalają jej odzyskać psychicznej równowagi. Judy często towarzyszą retrospekcję z najlepszych lat jej kariery, nie są to jednak wspomnienia momentów jej zawodowej chwały, a jedynie przypominają jej się rozliczne przykrości, ciemne strony sławy i wykorzystywanie przez wytwórnię filmową. Judy próbuje się od nich uwolnić, i mimo pomocy innych nie potrafi tego zrobić.

Judy jest popisem Renee Zellweger, aktorki, która ma na koncie sporo znakomitych ról, jednak od dobrych paru lat na czołówkach portali i gazet gości raczej z powodu dziwnych zmian rysów twarzy niż aktorskich osiągnięć. Dlatego ta rola, postaci uwielbianej do dzisiaj, a przy tym dosyć skomplikowanej, jest dla niej tym czy dla Judy Garland był wyjazd na koncerty do Londynu, na odbudowanie kariery, a dla widzów szansą na ponownie docenienie Zellweger po latach gorszej passy.  Kamera skupiona jest na Renee Zellweger przez znaczą część ekranowego czasu. Aktorka  znakomicie odnajduje się w każdej ekranowej sytuacji. A jej mimika (mimo wątpliwości jakie można by mieć śledząc zmiany na twarzy Zellweger w plotkarskich portalach) oddaje wszystkie stany emocjonalne postaci. Zellweger w nastroszonej fryzurze potrafi być ciepła i życzliwa, aby nagle stać się uwikłaną w szponach nałogu egoistką, raz być czułą matką, a raz nieznośną artystką, wiarygodna pozostaje zarówno w wieczorowych sukniach, jaki i szlafroku.  Po prostu znakomita rola!

Sam film opiera się na dwóch filarach – ciekawej postaci, o której opowiada i wybitnej aktorskiej kreacji w roli głównej. Cała reszta jest zrobiona solidnie, ale bez fajerwerków. Scenariusz  unika dłużyzn, pokazuje Judy Garland w różnych sytuacjach, ale też zawsze blisko mu do sztampowych filmów biograficznych. Dobrze radzą sobie aktorzy na drugim planie (w tym bardzo solidna Jesse Buckley), bardzo dobre wrażenie robi scenografia i kostiumy. Całość niestety w żadnym momencie nie wychodzi poza biograficzne kino, jakie dobrze znamy.

Judy Garland, prawdziwa ikona kina, zasłużyła na tak dobrą kreację odtwarzającej ją aktorki, zasłużyła też, niestety, na znacznie lepszy film.


Daniel Mierzwa



wtorek, 7 stycznia 2020

Koty (2019)
Reżyseria: Tom Hooper
Gatunek: Dramat, Komedia, Musical
Premiera w Polsce: 3 stycznia 2020

Andrew Lloyd Weber jest kompozytorem, który stał się brytyjskim skarbem narodowym. Musicale z muzyką jego autorstwa podbiły cały świat, a kilka z nich doczekało się mniej lub bardziej udanych ekranizacji, które rzadko kiedy jednak przeszły bez echa. Teraz jego kultowe Koty na warsztat wziął Tom Hooper, Brytyjczyk, którego ostatnie filmy przyniosły mu dziesiątki nominacji do prestiżowych nagród oraz cały deszcz statuetek, w tym Oscara za reżyserię, bardzo udanego, choć niepozbawionego  wad,  Jak zostać królem (który mimo tytułu nie okazał się poradnikiem).


Raz do roku londyńskie koty spotykają się na balu, na którym jeden z nich wygra konkurs, dzięki któremu uzyska szansę na nowe, lepsze życie. Zwycięzcą konkursu zostanie ten, który zaśpiewa najlepszą piosenkę o sobie, dlatego też nie ma żadnej fabuły, a jedynie wokalne popisy poszczególnych bohaterów, który bywa, że pojawiają się tylko po to, aby wykonać jedną piosenkę i tyle widzimy ich na ekranie.

Całość to niestety festiwal budzących niepokój dziwactw. Pół-ludzie, pół-koty prężą się, często w bardzo sugestywnych pozach, na tle wyludnionego Londynu skąpanego w świetle neonów niczym Los Angeles w Łowcy androidów, przez to całość przypomina postapokaliptyczny horror o ludzko -zwierzęcych hybrydach, które na własne futra zakładają inne futra, o ile nie potrafią zdjąć własnej skóry, pod którą mają drugą – brokatową. Tak, tak, właśnie taki chaos panuje na ekranie. Bo oprócz sporej ilości futerka, błysku, wąsików i zakładającej kocią łapkę za głowę Judi Dench (ostrzegam, że reakcją obronną organizmu na taki widok jest utrata przytomności!), są też tresowane karaluchy, śpiewające myszy (oczywiście też z ludzkimi twarzami, twórcy uznali chyba, że jak ma być dziwnie, to niech jest już dziwnie do potęgi) i magiczne sztuczki.

A pomimo wszystkich tych elementów oraz dynamicznej choreografii i licznych piosenek, Koty  nie unikają przestojów i zdarza się podczas seansu ziewnąć (choć częściej zdarza się mieć ochotę, aby uciec z kina i przez długi czas do niego nie wracać). W całym filmie bronią się jedynie piosenki, a całość wydaję się stworzona tylko po to, aby mógł wybrzmieć szlagier Memory i niewątpliwie udanym i poruszającym wykonaniu Jennifer Hudson.

Koty to przypadek musicalu, którego mimo przebojowości i popularności, nie udało się z sukcesem przenieść z desek teatrów na filmowy ekran. Zamiast poruszającej opowieści, dostajemy dziwaczną historię, która przypomina jakiś bardzo zły sen fana musicali. I aż dziwne, że obrońcy praw zwierząt  nie reagują  na ten film, bo wyraźnie narusza on godność  kotów. A kina, każdemu, kto zamierza się na niego wybrać, powinny wydawać okulary ochronne, bo wzrok może poważnie ucierpieć oraz  powinno się zabraniać spożywania podczas seansu tego filmu popcornu, ponieważ istnieje zbyt wysokie ryzyko zakrztuszenia podczas oglądania na ekranie tak dziwacznych zjawisk.


Daniel Mierzwa


piątek, 22 lutego 2019

My (2018)
Reżyseria: René Eller
Gatunek: Dramat
Premiera: 27 stycznia 2018

Wkraczanie w dorosłość to trudny i ważny etap w życiu każdego człowieka. To czas dylematów, problemów i prób, dlatego nie ma się co dziwić, że tak chętnie sięgają po niego filmowcy. Jednym z nim jest Holender Rene Eller, który nakręcił bezkompromisowy dramat My.



Wakacyjna aura sprzyja przygodom. Grupa przyjaciół- czterech dziewczyn i czterech chłopaków - spędza ze sobą czas. Wkrótce zachęceni sposobem na zdobycie pieniędzy rozpoczynają ryzykowne gry ze swoją seksualnością. Okazuje się, że nie zdawali sobie sprawy jak cienka jest granica między dobrem, a złem i jak przerażające mogą być konsekwencje zachowań, które początkowy były jedynie zabawą.

Rene Eller to reżyser; który nie bawi się w półśrodki. W swoim filmie nie boi się odważnych obrazów i brawurowo radzi sobie z pełnymi seksu czy brutalności scenami. Czasem można mieć aż dosyć okrucieństwa pokazywanego na ekranie. Jest to jednak dowód na to, że reżyser nie boi się tematu własnego filmu i gotowy jest opowiedzieć historie nie unikając żadnego istotnego motywu. My składa się z czterech części i każda opowiada o wydarzeniach, które miały miejsce z perspektywy innego bohatera. Głos dostają zagubiony Simon, wrażliwa Ruth, dziwaczna Liesl i brutalny Thomas. Każde z nich inaczej przeżywało to, co się wydarzyło i każde z nich miało inne motywacje postępowania. Jednak dla każdego pokazane w filmie wydarzenia miały destrukcyjny wpływ.

My to odważny i przekraczający granice debiut, któremu może daleko do idealnego dzieła, a chwilami kilka ważnych rzeczy mu umyka, to bez wątpienia film, który każdego widza wyprowadzi ze strefy komfortu, ale przy tym da mu temat do refleksji. 



Daniel Mierzwa

sobota, 16 lutego 2019


Asteriks i Obeliks. Tajemnica magicznego wywaru (2018)

Reżyseria: Louis ClichyAlexandre Astier
Gatunek: Animacja, Familijny
Premiera w Polsce: 18 stycznia 2019

Asteriks i Obeliks to postacie, o którym powiedzieć, że są kultowe to jak nie powiedzieć nic. Na przygodach dwójki walecznych Galów i ich kompanów wychowały się całe pokolenia fanów komiksów i filmów zarówno animowanych, jak i fabularnych. Po próbie jaką było przeniesienie na ekran przygód dwóch kultowych postaci w grafice 3d jaką był film Asteriks i Obeliks: Osiedle Bogów, do naszych kin trafił kolejny film wykonany w tej technologii – Asteriks i Obeliks: Tajemnica magicznego wywaru.

Sędziwy druid Panoramiks czuje już, że nie jest tak sprawny jak kiedyś i coraz ciężej idzie mu wypełnianie swoich obowiązków. Postanawia więc, że znajdzie godnego siebie następcę. W poszukiwaniach towarzyszą mu oczywiście dwaj tytułowi bohaterzy, błyskotliwa młoda Pektynka i cała zgraja Galów z wioski, którzy przecież nie mogą pozwolić, aby tak ważny wybór dokonał się bez ich udziału, nawet jeśli oznacza, że w ich osadzie pozostały jedynie, co prawda bardzo waleczne, kobiety, dzieci i rozśpiewany artysta, co spróbuje wykorzystać Juliusz Cezar. W sprawę poszukiwania następcy Panoramiksa wmiesza się też żądny chwały Sulfuriks.

Asteriks i Obeliks: Tajemnica magicznego wywaru to wszystko to, do czego przyzwyczaiły już ekranizacje przygód dwójki dzielnych Galów. Tempo ich przygód jest tak wielkie, że sprawia wrażenie, że twórcy scenariusza wypili sporo magicznego eliksiru według przepisu starego druida. Akcja wartko prze do przodu, widzimy dziesiątki kandydatów na druidów, ale wszelkie poboczne wątki ograniczone są do minimum i zastąpione przezabawnymi gagami, które niczego nie uznają za świętość. Fabularna prostota trochę drażni, ponieważ z jej powodu najciekawsze wątki zamieniły się w kilka scen. Cierpi na tym historia rezolutnej Pektynki, która próbuje odnaleźć się w świecie zdominowanym przez mężczyzn, gdzie co prawda kobiety mogą mieć swoje zdanie, ale tylko jako żona i matka. Niewiele miejsca poświęca się też młodemu adeptowi druidziej sztuki, który staje chyba jako jedyny bohaterem przed moralnym dylematem.

Asteriks i Obeliks: Tajemnica magicznego wywaru to niezły kocioł, z którego tak naprawdę mało, co wynika. Zadanie dostarczenia dobrej rozrywki wypełnia jednak bardzo skutecznie.



Daniel Mierzwa

wtorek, 5 lutego 2019


Ralph Demolka w Internecie (2018)

Reżyseria: Rich Moore, Phil Johnston
Gatunek: Animacja, Familijny, Komedia
Premiera w Polsce: 11 stycznia 2019

Podobnie jak wiele innych animacji po kilku latach do kin powraca również historia o Ralphie Demolce. Gdy przy pierwszej części fani old schoolu zbierali żniwo, ciesząc się klasycznymi automatami do gry i pikselami, tak tym razem twórcy poczynili ukłon w stronę użytkowników Internetu wprowadzając swoich bohaterów w ten pełny niespodzianek świat.



Ralpha i Wandelopę widzowie spotykają po kilku latach od zakończenia poprzedniej części. Ich przyjaźń kwietnie, a oni – kiedyś samotnicy – teraz w swoim towarzystwie miło dzielą czas na pracę w swoich grach oraz popołudnia w innych automatach. Rutynę przerywa jednak podłączenie nowej wtyczki, której tajemnicę w szczególności chce zbadać znudzona już codziennością cukierkowa księżniczka. Bohaterowie wkraczają więc w nieznany im świat Internetu, gdzie pomiędzy popularnymi witrynami, kryje się sporo spamu i product placement. Czas spędzony w sieci staje się dla Ralpha i Wandelopy sprawdzianem przyjaźni, a dla widzów kompleksowym przedstawieniem bohaterów Disneya.

Świat Disneya w Internecie wydaje się najmocniejszym punktem całej produkcji, a spotkanie księżniczek, które widzowie mogli oglądać już w samym zwiastunie, dla spostrzegawczych widzów będzie kopalnią nawiązań i śmiechu. Cała reszta pozostaje w tyle za poziomem prezentowanym w pierwowzorze, a pojedyncze sceny wywołujące na twarzach uśmiech, nie gwarantują pełni zabawy. Wiele jest też momentów, które w szczególności kierowane są do starszych widów, więc młodym pozostają kolorowe, wartko zmieniające się obrazki. W tym momencie warto wspomnieć również o wielowątkowości animacji, która lekko zgubiła twórców. Wraz z wprowadzaniem nowych bohaterów, gubimy główne postacie, które tak polubiliśmy poprzednio.

Na uznanie zasługuje również muzyczna oprawa, a w szczególności parodia typowych piosenek księżniczek, (wykonywana przez Wandelopę), której tekst jest niemałą niespodzianką.  

Ralph Demolka w Internecie to przede wszystkim przyzwoity przewodnik dla młodych widzów, ostrzegający przed niespodziankami możliwymi do spotkania w sieci, który jednak, jako kontynuacja, pozostawia spory niedosyt.


Patrycja Strempel




piątek, 25 stycznia 2019


Złe wychowanie Cameron Post (2018)

Reżyseria: Desiree Akhavan
Gatunek: Dramat
Premiera w Polsce: 25 stycznia 2019

Założony przez Roberta Redforda festiwal filmowy w Sundance jest mekką niezależnych twórców z całego świata. A pokazywane i nagradzane tam filmy to zwykle najciekawsze zjawiska amerykańskiej kinematografii. Dlatego film, który zwyciężył tam w zeszłym roku - Złe wychowanie Cameron Post w reżyserii Desiree Akhavan zapowiada interesujący seans.



Tytułowa Cameron Post zostaje przyłapana na czułościach ze swoją najlepszą przyjaciółką. W efekcie czego jej adopcyjna opiekunka wysyła ją na terapię do chrześcijańskiego ośrodka, gdzie dziewczyna ma pozbyć się homoseksualnych skłonności. Tam zaprzyjaźnia się z dwójką buntowników - Jane i Adamem. Zaczyna również poznawać siebie i zdawać sobie sprawę z własnych potrzeb i oczekiwań. Jednak przede wszystkim zaczyna rozumieć jak ważne jest przywdziewane masek, aby zadowolić ludzi wokół niej.

Złe wychowanie Cameron Post to skromny dramat, który wydaje się być typowym przykładem sundance’owego kina. Zagubiona bohaterka, na podstawie losów której reżyserka obrazuje głębsze społeczne problemy i konflikty między jednostką a otoczeniem, wszystko to nakręcone w intymny sposób, skąpane w przygaszonym jesiennym świetle. Cameron wydaje się być mocno zagubiona i zdezorientowana. Dopiero terapia, w ośrodku prowadzonym przez rodzeństwo - psychoterapeutkę i jej brata „nawróconego” geja, która ma odmienić jej orientacje seksualną pozwala jej na odkrycie tego kim naprawdę jest i udaje jej się odkryć fundament, na którym może zbudować poczucie swojej wartości.

Reżyserce udaje się pokazać świat w sposób niejednoznaczny. W kameralnych scenach udaje jej się pokazać wątpliwości bohaterów, ich walkę o swoje szczęście wobec oczekiwań otoczenia i trudności wieku dojrzewania. Nie demonizuje też dwójki bohaterów prowadzących ośrodek. Każdą postać przestawia jako zwykłego człowieka, popełniającego błędy, mającego wady, ale na pewno nie jednoznacznie złego.

Całość jednak pomimo niebanalnej fabuły, dobrego prowadzenia aktorów (na szczególną uwagę zasługuje skupiona rola młodej Chloe Grace Moretz) i znakomitych zdjęć wydaje się nieco przynudzać. I choć nie ma tutaj sztampy filmów o dojrzewaniu, czy ckliwości, seans Złego wychowania Cameron Post potrafi zmęczyć, a losy głównej bohaterki nie porywają.

Złe wychowanie Cameron Post to niepozorny dramat. Jednak wyczucie i delikatność reżyserki sprawia, że nie jest to przeciętny film. Niestety też momentami jest zbyt nużący, aby seans można uznać za satysfakcjonujący.



Daniel Mierzwa


wtorek, 22 stycznia 2019


Powrót Bena (2018)
Reżyseria: Peter Hedges
Gatunek: Dramat
Premiera w Polsce: 11 stycznia 2019

Całkiem niedawno na ekranach kin pojawił się film (wciąż można jeszcze wybrać się na jego seans) Mój piękny syn, w którym aktorskie popisy dawali Timtothee Chalamet i Steve Carell w rolach młodego narkomana i jego ojca. A już możemy oglądać kolejny film dotyczący tego trudnego tematu tym razem skupiony na relacji matki i syna Powrót Bena z Julią Roberts i Lucasem Hedgesem w głównych rolach.



Rodzina Holly Burns szykuje się do świąt. Gdy pewnego razu wracają do domu zastają przed nim Bena, który wrócił przed świętami z ośrodka odwykowego. Marzenie Holly o rodzinny świętach ma szansę się spełnić. Wątpliwości, które mają inni członkowie rodziny zasiewają jednak w kobiecie ziarno niepokoju, czy szczęśliwe święta są możliwe z pogrążonym w nałogu synem. W końcu jednak Holly z mężem podejmują decyzję, że jej syn może pozostać na jeden dzień z rodziną, postanawia jednak mieć go cały czas na oku, a nauczona doświadczeniem ukrywa leki i biżuterię przed synem.
Choć Holly ma nadzieję, że tym razem święta będą bardziej udane niż poprzednie, wciąż nie jest pewna czy to możliwe, a radość miesza się z niepokojem. Podobne odczucia mają inni domownicy.
Wszystko wydaje odbywać się jak w marzeniach Holly, jednak jedno wydarzenie, które ma miejsce świątecznej nocy rozpocznie ciąg kolejnych, które wystawią na próbę zaufanie matki do syna, a wszystko skończy się tragedią.

Peter Hedges, reżyser Powrotu Bena a osobiście ojciec odtwórcy tytułowej roli, nie sili się w swoim najnowszym filmie na oryginalność. Jest tutaj mnóstwo scen jakie znaleźć można w wielu mniej lub bardziej udanych filmach obyczajowych, realizacja przypomina nieco telewizyjne produkcje. Fabuła ani techniczne fajerwerki nie jest tutaj jednak najważniejsze, bo istotą filmu jest relacja matki i syna – pełna bezgranicznej miłości, gotowa do wszelkich poświęceń i potrafiąca znieść każde cierpienie. A główni bohaterowie to prawdziwe aktorskie popisy. Julia Roberts wyciska maksimum ze swojej postaci i ze swojego talentu tworząc postać prawdziwą, soczystą i niesamowicie naturalną. Zdobywczyni Oscara za rolę w Erin Brokovich tak dobrze na ekranie nie prezentowała się od czasu Sierpnia w hrabstwie Osage. Znakomitą robotę wykonuje tutaj też Lucas Hedges, którego status wschodzącej gwiazdy amerykańskiego kina potwierdziła nominacja do Oscara za rolę w Manchster by the sea. Młody aktor jest świetny w roli Bena, z jednej strony zagubionego i cierpiącego chłopaka, a z drugiej człowieka, który często posuwa się do manipulacji, żeby osiągnąć swój cel

Powrót Bena to obyczajowe kino, którego siłą nie jest znakomita realizacja czy oryginalność, ale magnetyczne, mistrzowskie kreacje, które nadają całemu filmowi poruszającej głębi i nie pozwolą wyjść z kina bez refleksji.



Daniel Mierzwa


piątek, 11 stycznia 2019


Ramen. Smak wspomnień (2018)

Reżyseria: Eric Khoo
Premiera w Polsce: 11 stycznia 2019

Eric Khoo jest chyba jedynym reżyserem z niewielkiego, tropikalnego Singapuru, który zrobił taką karierę, a jego filmy pokazywane są na ważnych festiwalach. Także jego najnowsze dzieło Ramen. Smak wspomnień zaliczył premierę na Berlinale, choć w jednej z mniej prestiżowych sekcji.



Masato jest młodym mężczyzną, który pracuje w prowadzonej przez jego ojca restauracji z ramenem, zupą, która choć nie ma japońskiego rodowodu, szybko stała się popularnym daniem w Kraju Kwitnącej Wiśni. Gdy jego tata umiera to na jego barkach spocznie obowiązek prowadzenia lokalu. Masato postanawia wybrać się do Singapuru, skąd pochodziła jego matka i gdzie spędził kilka pierwszych lat swojego życia. Postanawia tam też odnaleźć swojego wuja oraz liczy na to, że ten podzieli się z nim recepturą na zupę na żeberkach – wielki przysmak. W podróży pomaga mu Miki, mieszkająca w Singapurze Japonka, która prowadzi kulinarnego bloga. Wizyta w Singapurze będzie też okazją do odbudowania rodzinnych więzi, które rozpadły się przez życiowe wybory jego  matki.

Ramen. Smak wspomnień to film, którego tytuł sugeruje skoncentrowanie akcji na japońskich przysmakach. I choć mają one ważne miejsce w fabule, a bohaterowie zajadają się azjatyckimi specjałami, to jedzenie staje się tylko przyczynkiem do rozmów, a najważniejszy jest wątek pojednania rodziny po latach, na której rysą położyła się trudna historia Dalekiego Wschodu. Okazuje się, że może relacje mogą jednak zostać naprawione, choć będzie to kosztować wiele emocji, ale od czego jest pyszna kuchnia, która pozwala się uporać ze wszystkim. A wspomnienia, nagrane w pięknie wystylizowanych sekwencjach, nie staną się źródłem bólu, a radości.

Ramen. Smak wspomnień to prosta historia, ale podana w smakowity sposób, dzięki czemu ogląda się go dosyć przyjemnie, o ile w kinie nie pojawia się z pustym żołądkiem.



Daniel Mierzwa

czwartek, 3 stycznia 2019


Mój piękny syn (2018)
Reżyseria: Felix Van Groeningen
Gatunek: Dramat
Premiera w Polsce: 4 stycznia 2019

Aktorskie zdolności, które pokazał w Tamtych dniach, tamtych nocach Timothee Chalamet i dramatyczny talent, który odkrył w Steve’ie Carellu Bennett Miller to dwa skarby Hollywood, które tym razem spotkały się na planie Mojego pięknego syna – anglojęzycznego debiutu Felixa Van Groeningena, cenionego belgijskiego reżysera, którego scenariusz powstał na podstawie autobiograficznych książek ojca i syna – Davida i Nica Sheffa.



Nic jest uzależnionym od narkotyków  nastolatkiem, mieszkającym z troskliwym ojcem i jego nową żoną. Z czasem zaczyna próbować coraz to mocniejszych narkotyków. Nałóg syna wykańcza nie tylko jego, ale też jego ojca. Mężczyzna, pomimo tego robi wszystko, aby swojemu potomkowi pomóc. Jest gotów za każdym razem, gdy ten znika wyruszyć na jego poszukiwania, stara się też poszerzyć swoją wiedzę nałogu Nica i jego skutkach. Z czasem jednak uświadomi sobie jak bardzo jest bezradny wobec choroby, która niszczy jego syna.

Van Groeningen porusza w Moim pięknym synu temat narkomanii. Podchodzi do niego jednak inaczej niż większość twórców. Nie obchodzą go narkotyczne tripy Nica, ani powody z jakich młody, odnoszący w szkole sukcesy i nie mający rodzinnych kłopotów chłopak sięga po narkotyki, aby wkrótce się od nich uzależnić. Reżyser skupia się bardziej na tym jak jego ojciec David zdaje sobie zdawać sprawę ze swojej bezradności i, że może stracić nie tylko syna, ale też innych bliskich, na relacje z którymi wpływa  nałóg Nica.

Reżyser W kręgu miłości chętnie sięga po melodramatyczne sceny i uderza w czułe struny. Wykorzystuje urocze retrospekcje, każe swojemu bohaterowi śpiewać kołysankę (od której zresztą film zaczerpnął swój oryginalny tytuł – Beautiful boy), unika jednak melodramatycznej sztampy i nie serwuje wymuszonych wzruszeń, a prawdziwe emocje.

Największą siłą Mojego pięknego syna są jednak aktorskie kreacje. Timothee Chalamet w roli kruchego i wrażliwego Nica potwierdza swoją pozycję aktorskiego objawienia. Steve Carell w piękny sposób oddaje przeciwstawne emocje, które rządzą Davidem, raz będąc ciepłym ojcem, a raz mężczyzną pogrążonym w melancholii. Nie gorzej jest na drugim planie. Amy Ryan jako matka Nica pojawia się na ekranie zaledwie kilka raz, za każdym jest jednak bardzo dobra. Popis daje jest Maura Tierney w roli Karen- żony Davida. Jej pełna skupienia gra to prawdziwe mistrzostwo. I to do niej należy, chyba najbardziej poruszająca i skromna za razem scena, gdy wyrusza w pościg samochodowy za uciekającym Nickiem i jego dziewczyną.

Mój piękny syn to pozbawiony tandety poruszający dramat, który skupia się na nieoczywistych stronach międzyludzkich relacji i potrafi na obecny od dawna w kinie temat powiedzieć coś nowego.


Daniel Mierzwa